PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 63

Skamandryta osobny


28 lutego, podczas spotkania otwierającego „Rok Iwaszkiewiczowski na Stawisku”, z córką pisarza Marią Iwaszkiewicz-Wojdowską rozmawiał Paweł Kądziela1



Przed laty córka Stefana Żeromskiego pani Monika tak wspominała swe pierwsze spotkanie ze Słonimskim: „Rodzice rozmawiali o wierszach poety Antoniego Słonimskiego. Poeta, to było piękne słowo, zapytałam moją matkę, jaki on jest, jak wygląda. Mama powiedziała: «Przyjdzie tu, to go zobaczysz. Wygląda – jak to poeta. Ma bladą twarz, głębokie, marzące, błękitne oczy, długie rzęsy, rzucające cień na policzki i piękne jasne włosy do ramion» . Oczywiście, tak musiał wyglądać poeta, więc czekałam na to jego przyjście z niecierpliwością. Kiedy w umówionym dniu poeta zadzwonił do naszych drzwi, poleciałam pierwsza otworzyć mu. Stał tam niezbyt wysoki pan, dobrze łysawy, z taką jakąś jakby obrzękłą twarzą, w binoklach. Powiedział mi: «Dzień dobry, jestem Słonimski» i musiał się pewnie zdziwić, kiedy zamiast go poprosić do środka, zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem”2.

A jakie było pierwsze Pani spotkanie ze skamandrytami? Ze Słonimskim, Tuwimem, Lechoniem, Wierzyńskim?

Ciekawe – niektóre rzeczy pamięta się doskonale, a inne jakoś się gubią. Ja na przykład nie pamiętam Lechonia, choć Lechoń musiał być przez swoją dziwność, przez tę wyjątkowo szczupłą posturę dla dziecka niezwykły. Nie pamiętam go, a był na Stawisku i był w Podkowie – świadczą o tym fotografie. Właściwie skamandryci ograniczają się u mnie do Słonimskiego, Tuwima i, jak ja ich nazywam, skamandrytów bocznych. Był wśród tych akolitów Stanisław Baliński, był Karski... Bo oni przyciągali innych poetów. Ja myślę, że wszystkie grupy poetyckie w okresie międzywojennym albo naśladowały skamandrytów, albo – jak Kwadryga – powstały przeciwko nim.

Ale jak ich poznałam – nie pamiętam. Obawiam się, że na te pierwsze wspomnienia nałożyły mi się późniejsze, powojenne. Bo przecież i Słonimskiego, i Tuwima widywałam już po wojnie. Pozostałych skamandrytów nie pamiętam, ale w domu żyły ich dowcipy, powiedzonka. Celował w nich Lechoń. To on rozpoczął całą serię wierszyków makabrycznych swoim: „Chciałbym, żeby Bodo umarł bardzo młodo” (o znanym aktorze). I zaczęło się: „Grób, cztery deski, w środku Grydzewski”. Albo: „Przed domem Breitera już kondukt się zbiera” (o pewnym krytyku). I tak dalej, i tak dalej.

Pierwszy wieczór Skamandra odbył się, jak wiadomo, w kawiarni „Pod Pikadorem” 29 listopada 1918 roku. Dzięki pani trosce i zabiegom w kamienicy na Nowym Świecie, w której mieściła się ta kawiarnia, wmurowano tablicę pamiątkową. A Stawisko jest jedynym miejscem związanym ze skamandrytami, które przetrwało wojnę. O przedwojennych adresach członków grupy „Skamander” mało kto dziś pamięta. A były to w Warszawie miejsca ważnych ich spotkań: mieszkanie Mieczysława Grydzewskiego (Złota 8 m 5), gdzie mieściła się redakcja „Skamandra”, a później „Wiadomości Literackich”, mieszkanie Juliana Tuwima na Chłodnej, Kazimierza Wierzyńskiego na Hożej, Jana Lechonia na Przyrynku i Antoniego Słonimskiego na Niecałej.

W redakcji „Wiadomości” byłam. Ojciec lubił mnie czasem ze sobą zabierać. Pamiętam ponury pokój wychodzący na podwórze; w kącie siedział Broniewski, który był sekretarzem redakcji.

A co do tej tablicy, to udało mi się ją umieścić dopiero po ośmiu latach starań i, rzecz dziwna, odmawiały mi zarówno rządy o tendencji lewicowej, jak i rządy o tendencji prawicowej. Ale ja jestem bardzo uparta. I jak po raz kolejny jakiś urzędnik powiedział mi: „W tym roku tablicy nie będzie”, to ja mu na to: „Proszę pana, niech pan nie myśli, że ja się odczepię. Ja się nie odczepię! Będę dzwoniła, będę przychodziła...”. I usłyszałam w słuchawce jęk przerażenia. No i tablica jest! A ja jestem z tego bardzo dumna.

Ale wróćmy do początków. Ja zawsze mówię, że wkładam bardzo dużo trudu, żeby udawać, że nie pamiętam, co było przed wojną. Czasem pamięć jednak coś podsuwa... Słonimski bardzo długo przyjeżdżał do naszej dawnej podkowiańskiej willi „Aida”, która istnieje do dziś. (W Brzezinie jest taki opis, jak się przechodzi spomiędzy brzóz w las sosnowy – tam właśnie było takie przejście). Mama wspominała te czasy. Tam na samej górze był pokoik, a w nim stara, zdezelowana kanapa, którą matka nazywała „kanapą słynnych ludzi”, bo różni tam na niej po kolei sypiali; w każdym razie i Karol Szymanowski, i Słonimski, który jakieś miał wtedy zagwozdki w życiu osobistym. Przyjeżdżał i pisał w tym pokoiku wiersze, a później schodził na dół i odczytywał je przy świecy lub lampie naftowej.

Wśród skamandrytów była jedna niewiasta, pani Maria Morska, która recytowała ich wiersze w kawiarni „Pod Pikadorem”. Czy Pani ją poznała?

Nie, ja jej chyba nie poznałam, chyba jej tu nie było. Była to kobieta na pewno fascynująca, w dodatku bardzo inteligentna, wielka miłość Słonimskiego. Mieszkała w jednym z pierwszych domów Podkowy, w tym ogromnym, długim, szarym domu pomiędzy Podkową Wschodnią a Główną, stojąc twarzą do Warszawy, po lewej stronie. Miała potem jakieś straszne przejścia okupacyjne. Trzeba wspomnieć i o Krzywickiej, która miała tu, na Wschodniej, pod lasem Młochowskim, domek z czytelnią. I też się koło niej kręcili, przyjeżdżali z Warszawy... A później szli na Stawisko na obiad – albo odwrotnie.

Były nawet pomysły, żeby tu stworzyć całą kolonię skamandrytów. Jest, jak się idzie stąd na Zachodnią, domek Stefana Napierskiego, czyli Marka Eigera (teraz stoi przed nim figurka bociana). Nie zdążył go dokończyć – Niemcy, jak weszli do Warszawy, to go natychmiast zaaresztowali. Zginął podobno na Pawiaku, niektórzy twierdzą, że w Palmirach. Wydawał pismo „Ateneum”, bardzo interesujące. Czesław Miłosz, który nie cierpiał skamandrytów...

...ale w Traktacie poetyckim napisał: „Nigdy nie było tak pięknej plejady”.

No tak, bo to było nadzwyczajne. Oni byli grupą tak związaną, pisali takie piękne wiersze! A ten pomysł recytowania wierszy w kawiarniach też był wtedy bardzo oryginalny. Za granicą już były takie kawiarnie, ale w Polsce ta była pierwsza. No i te dowcipy!

Oni byli przecież bardzo młodzi. Słonimski, rówieśnik mojego ojca, mógł mieć, jak powstał „Pikador”, dwadzieścia lat z kawałkiem. Lechoń chyba o pięć mniej, on przecież zaczynał jako genialne dziecko – pierwszy tomik wydrukował mając lat siedemnaście. Więc wszystkie te ich dowcipy, piosenki, powiedzonka, to były pomysły ludzi młodych. A jak robili sobie kawały, nawet złośliwe, to one nigdy nie były wstrętne, nie miały nic wspólnego z podkładaniem świni.

Przedmiotem niezwykłych kawałów był Grydzewski. Nie miał tego poczucia humoru, co tamci, ale i nie obrażał się. Kochał strasznie te „Wiadomości Literackie” i jeden z dowcipów polegał na tym, że się do niego dzwoniło i mówiło, że na tej a tej stronie jest błąd. On wpadał w furię. A że seplenił i do tego się jąkał, więc nie mógł z siebie wydobyć więcej niż tylko: „Wies, wies, wies!”. Razu pewnego zakradli się kiedyś do niego Lechoń ze Słonimskim i przemienili mu mieszkanie w muzeum. Grydzewski wraca, a tu na stole kartka: „stół, na którym podpisano pokój pod Poitiers”, a na lampie: „szlafrok królowej Kunegundy, którego używała co rano”. Szafa była nieco odsunięta i było napisane: „W tym miejscu siusiał Kościuszko przed bitwą pod Racławicami”, i tak dalej.

U Tuwima z kolei był bardzo długi i bardzo zimny korytarz prowadzący do kuchni. No to dzwonili do niego na przykład o trzeciej nad ranem: „Pan Tuwim? – Tak. – U pana się gaz ulatnia, niech pan pójdzie zobaczyć”. I ten, obudzony w środku nocy, nie zastanawiał się nad idiotyzmem tego telefonu, tylko wstawał i szedł tym zimnym korytarzem...

Jest w tomie Oktostychy Iwaszkiewicza wiersz pod tytułem Maj, dedykowany „Picadorom”, który kończy się takim dwuwierszem: „Spotkanie – gdzieś, w ogrodzie, na dwóch końcach ławki./ I wierna, nieco gorzka piastunka – Samotność”. Czy nie było tak, że Iwaszkiewicz zachowywał wśród skamandrytów pozycję trochę odrębną? Czy nie denerwowały go psikusy, zabawy, żarty robione przez cały krąg ”Cyrulika Warszawskiego”, gdzie główne role grali Lechoń, Tuwim, Hemar? Czy Jarosław Iwaszkiewicz w jakimś sensie nie odstawał od tej ludycznej strony życia skamandrytów?

Ja myślę, że odstawał. Ojciec przyjechał do Warszawy dopiero w roku 1918, jako człowiek dwudziestoparoletni, i mówił z akcentem kresowym, ciągnionym, z czego oni się trochę podśmiewali. Jako prowincjusz nie mógł też oczywiście rozumieć różnych warszawskich dowcipów. A i sam nie miał zupełnie talentu do wymyślania dowcipnych wierszyków. Pisze gdzieś, w dzienniku – a może w liście do matki? – że gdyby go nawet zamknęli w celi z wyrokiem śmierci i powiedzieli, że mu darują tę karę, pod warunkiem, że napisze jakiś dowcipny wierszyk, to nie mógłby tego zrobić, bo nie potrafił. Ale miał nad nimi niewątpliwą przewagę – znakomitą znajomość wspaniałej poezji rosyjskiej.

A nie ma Pani wrażenia, że twórcy Skamandra – Tuwim, Wierzyński, Słonimski, Lechoń – w jakiejś mierze należą już do historii literatury, podczas gdy Jarosław Iwaszkiewicz, którego witalność twórcza była olbrzymia, wciąż fascynuje i czytelników, i na przykład twórców filmowych? Kolejne tomy jego ineditów (dzienników, korespondencji) są literackimi wydarzeniami, na podstawie nowel powstają scenariusze filmowe. Jego dzieło wciąż żyje!

Ojciec zawsze mówił: „Ja jestem poetą”. Ale był przecież także prozaikiem i dramaturgiem, więc i pod tym względem odstawał od tamtych. Poza tym był wykształcony muzycznie. Studiował nawet na konserwatorium w Kijowie. No i grywał, widywałam go przy fortepianie. A Słonimski i Tuwim byli raczej niemuzykalni.

Ale chciałam wrócić jeszcze do tych akolitów. Najbliższym przyjacielem był Stanisław Baliński. Jest takie zdjęcie, zrobione w „Aidzie”, jak on się mamie oświadcza – z ręką na sercu, a mama ma taką minę... Więc to były ich z kolei żarty. Albo takie „tańce wschodnie”: mama grała Szeherezadę Rimskiego-Korsakowa, a ojciec tańczył w zielonym szlafroku i pióropuszu zielonym na głowie! A przy jednym preludium Chopina kładł się na podłodze i turlał w takt utworu, zawinięty w prześcieradło – od czasu do czasu z prześcieradła wysuwały się nogi w wielkich butach.

Każda taka grupa poetycka jak Skamander musi mieć – mówiąc językiem współczesnym – swojego menadżera. Takim menadżerem był niewątpliwie Mieczysław Grydzewski, który miał swego pomocnika i dyrektora finansowego Antoniego Bormana, wspaniałego, jak się okazuje, epistolografa, człowieka obdarzonego bardzo specyficznym językiem i łatwością pisania. Ukazał się w opracowaniu pani Małgorzaty Bojanowskiej tom listów pomiędzy Iwaszkiewiczem i Grydzewskim. Wiem, że na Stawisku jest też wielki blok listów Bormana do Iwaszkiewicza. Czy Antoniego Bormana, który od końca II wojny światowej mieszkał w Londynie, Pani poznała?

On był, jeśli tak można powiedzieć, moim przyjacielem, bardzo mnie lubił. I mówił: Marysiu, jak skończysz szesnaście lat, to ja cię zapraszam na pierwszy bal. I do pierwszego walca. Sam był bezdzietny. Są jego listy do ojca, bardzo wzruszające. To był rzeczywiście wspaniały menadżer, na którego nikt nie zwracał specjalnie uwagi – Antek to Antek. Ja go jeszcze pamiętam z późniejszych czasów, jak pojechałam pierwszy raz w 57 roku do Paryża. Siedzieliśmy w kawiarni: ojciec, Antoni Borman, Kot-Jeleński i ja. Borman nauczył mnie różnych zabawnych piosenek, np. takiej: „A gdy wołamy: « niech nam żyje» /, mamy na myśli zdrowie czyje?/ Mojżesza, Mojżesza, paraparapam, hejże-ha./ On przeprowadził wszystko mądrze,/ on wyprowadził nas a skądże?/ – z Egipciu/, z Egipciu, paraparapam, hejże-ha”.

Dwadzieścia sześć lat temu w „Przekroju”, we wspomnieniu o Stanisławie Balińskim opisała Pani ostatnią niedzielę sierpnia 1939 roku na Stawisku. Czy mogłaby Pani podzielić się teraz z nami tym wspomnieniem?

Ta ostatnia niedziela – ja ją zapamiętałam inaczej niż ojciec. Możliwe, że mnie się nałożyły dwa obrazy. Ale to, co pamiętam, to wojenny nastrój i ten niesłychany wokół urodzaj – bo przed wielką klęską zawsze jest urodzaj („O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!/Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju” – pisał wieszcz o roku 1812). I że idziemy nad staw – to już było po moich imieninach 15 sierpnia, na które dostałam w prezencie wiatrówkę; na stawie pływa słonecznik i Andrzejewski z Miłoszem biorą ode mnie tę wiatrówkę i zaczynają do niego strzelać, mówiąc: „No, to strzelamy do Niemca”. Wszystkim się wydawało, że to taki śliczny dowcip. A ojciec opisuje, że był Sobański, Baliński, Czesław też i nasza przyjaciółka, pani profesor Wanda Telakowska, niebywała postać. I że Baliński zagrał wszystkie szlagiery i tanga, i Antoni Sobański odtańczył te tanga z Wandą Telakowską.

Sobański napisał wspaniałą książkę Cywil w Berlinie, którą profesor Szarota wydał teraz ponownie, bo była zupełnie zapomniana. Ten człowiek umiał przeczuć faszyzm, przewidzieć, co się będzie działo. (A przecież panował wtedy nastrój „nie oddamy ani guzika”, „silni, zwarci, gotowi”, i tak dalej).

Koniec dwudziestolecia międzywojennego to także koniec grupy „Skamandra”. We wrześniu 1939 roku w kraju pozostał jedynie Jarosław Iwaszkiewicz. Czterej pozostali opuścili Polskę, niektórzy na zawsze.

Ojciec jednak nawet podczas okupacji przypominał: „Dzisiaj jest 29 listopada, rocznica Pikadora. Ciekawym, czy oni o mnie myślą...”. Bo to była naprawdę niezwykle silna więź.

Widzi pan, mnie kiedyś pytali, dlaczego ojciec nie wyjechał na Zachód. Bo już raz wyjeżdżał – z Ukrainy. I z trudem się zaadaptował. Pokochał Mazowsze, pokochał Sandomierz, ale przecież był z innych stron. I ciągnęło go do tamtej ziemi – jak pojechaliśmy pierwszy raz do Sandomierza, powiedział do mnie: „Pokażę ci kwiaty, kwitną tu takie same, jak u nas!”. „U nas” to było na Ukrainie... Więc tak, bieg jego życia był inny. On b y ł inny.

Powiedzmy jeszcze, że przeżył wszystkich skamandrytów, będąc ich rówieśnikiem umarł najpóźniej, w 1980 roku, trzydzieści lat temu.

Nie tylko żył najdłużej, ale los obdarzył go wielkim darem – mocą twórczą, która nie przemijała. Przecież jego ostatnie wiersze to szczyty tego, co napisał. A co jest dla twórcy najważniejsze? Jego twórczość! Ale mnie się wydaje – odpowiadam tu na dzienniki mojego ojca – że wielki twórca jest zawsze i sam, i osobny.



opracowała Hanna Bartoszewicz




1 W drugiej części spotkania Grzegorz Piotrowski i Piotr Słopecki wykonywali piosenki z czasów i do słów Jarosława Iwaszkiewicza, wśród nich wiersz z tomu Lato 1932, który przytaczamy obok [–> ] (muzykę do wiersza skomponował Andrzej Kurylewicz)
2 Monika Żeromska, Znałam go od zawsze, [w:] Wspomnienia o Antonim Słonimskim. Pod redakcją Pawła Kądzieli i Artura Międzyrzeckiego, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 1996; str. 322.



 <– Spis treści numeru