PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 74

Anna Iwaszkiewiczowa

Z listów do Ireny Kramsztyk

 

Stawisko 18/V 19451

Kochana Pani!

A więc piszę do Pani już po wojnie. Czy upaja się Pani tak jak ja dźwiękiem tych słów? Naprawdę, że nie mogę jeszcze się do tego faktu przyzwyczaić i ciągle na czymś się łapię: na przykład na tym, że okna niezaciemnione, albo robiąc jakieś projekty mówię: „jak wojna się skończy” zamiast: „jak wszystko się ułoży”.

Wczoraj otrzymałam kartkę Pani, ale poprzednich nie dostałam, ani jednej! Dziwię się temu, bo w ogóle listy są w drodze niewiarygodnie długo, ale na ogół dochodzą. Szkoda, że jeszcze nie mają Państwo mieszkania, a ja już sobie wyobrażałam Państwa mieszkających w tym małym domku w ogródku, który mi p. Andrzej2 pokazywał z balkonu, jak byłam u niego w kancelarii. Tam byłoby wam świetnie. To, co Pani pisze o Joasi3, stosuje się całkowicie i do mojej Teresy4; mogę powiedzieć, że widuję ją tylko przy stole; ale sądzę, że dla Pani to, że ona prowadzi teraz normalne życie dla młodzieży w jej wieku, musi być mimo wszystko wielką radością.

Irena z Silbermintzów Kramsztykowa

Irena z Silbermintzów Kramsztykowa, lata 20

Mam Państwu do zakomunikowania smutną bardzo wiadomość, zresztą może już o tym słyszeliście: prof. Wertenstein5 nie żyje. Zginął w Budapeszcie w czasie bombardowania. Bardzo zmartwiłam się tą wiadomością i strasznie mi żal p. Madzi6, która go szalenie kochała, Wandy7 — idealnej córki i w ogóle uważałam to za wielkie nieszczęście dla kultury polskiej. Uczony tej miary i jeszcze w sile wieku mógł wychować całe zastępy uczniów, a profesorowie należą do najbardziej chyba przetrzebionych warstw społeczeństwa.

Mąż mój od jakich 10-u dni siedzi w Poznaniu8 i prawdopodobnie z tym miastem, a nie z Łodzią, zwiążą się losy na przyszłą zimę. Żałuję bardzo, bo w Łodzi dużo znajomych, a poza tym nigdy nie lubiłam Poznania, ale tak się różne sprawy literackie układają. Kwestia mojej operacji na razie jeszcze niezdecydowana, ale pewno skończy się na Warszawie, gdzie podobno wkrótce ma być już woda. Na razie rozkoszujemy się wiosną, różami przed domem, widokiem szczęścia Marysi9, która jest uradowana, że się u nas urządzili. Malutki10 opalony na pierniczek i rozwija się świetnie. To maleństwo (też siedmiomiesięczne), które było zeszłego lata u nas, także w dwa miesiące wyglądało już wspaniale i doktor mówił, że to jest prawidłowe: po dwóch miesiącach musi się wszystko bezpowrotnie wyrównać. Irena Krzywoszewska11 chodzi już trochę na spacer i z dniem każdym się poprawia. Piszę o niej, bo p. Andrzej zawsze o nią się pyta. Co do walizy Państwa, to niestety o żadnej okazji nie słyszę. Rozumiem, jaka to niewygoda, ale może niedługo koleje będą już normalnie chodziły. Całuję Panią i Joasię serdecznie — Panu Andrzejowi bardzo serdeczne pozdrowienia — Anna Iw.

 

 

Stawisko 18/VII 1945

Kochana Pani Ireno!

Cieszę się, że mam okazję odesłać Pani dług i napisać słów parę; miałabym również do Pani wielką prośbę, ale o ile Pani nie miałaby czasu mi tego załatwić, to proszę absolutnie się tym nie krępować, to nie jest rzecz nie do zastąpienia. Na wszelki wypadek jednak, gdyby Pani miała na to chwilę czasu, to byłabym bardzo wdzięczna za kupienie mi w sklepie z norymberszczyzną (dom czy dwa domy koło kawy „Mocca”) wstawki z tzw. ruskiej koronki, czyli nicianki, dość szerokiej, mniej więcej 3,4 palce, którą w oknie widziałam i chciałam kupić, a potem wychodząc z „Mocci” zapomniałam. Wstawka ta była w oknie i jest to właśnie coś, czego w naszych okolicach poszukiwałam, bo jest gęsta (wzorek jakby w jakieś kółka), a potrzebna mi jest do poszewki jeszcze porządnej, płóciennej, która była ozdobiona w kwadrat haftem, obecnie zupełnie podartym; chciałam więc ten haft wyrzucić i zastąpić wstawką, ale w naszych okolicach tego rodzaju nie mogłam znaleźć, są tylko znacznie węższe i w szalonych cenach. Ta zdaje się kosztuje 80 zł metr. Mnie potrzebne jest 2 m 60 cm. Jeśliby Pani była w tym sklepie, chciałam prosić też jeszcze o coś, o czym zapomniałam i czego u nas nie ma, mianowicie o wieszak (najlepiej skórzany, ale może nie będzie) do męskiego palta. Musi być coś mocnego, bo to grube, ciężkie palto jesienne. Bardzo drogą Panią przepraszam za zawracanie głowy, ale Pani wie, że u nas dość trudno o różne rzeczy. Zaznaczam raz jeszcze, że proszę o załatwienie tych sprawunków tylko, o ile będzie Pani miała czas. Pan Krzywoszewski12, oddawca listu, będzie tylko w Łodzi jeden dzień, ale skoro będzie się kręcił w śródmieściu, sądzę, że łatwo będzie mu zobaczyć się z Panią w „Kaprysie” albo niedaleko na mieście, np. w Grand Hotelu.

Z ostatniego pobytu w Łodzi wywieźliśmy szalenie miłe wspomnienie i zakończenie tych paru dni w „Kaprysie” było również tak miłe! Brakowało tylko Joasi, do której piszę parę słów. Sądzę, że moja przyjaźń dla niej i szczere rozmowy o niej z Panią upoważniają mnie do kilku szczerych słów. Bardzo serdecznie Państwa pozdrawiam, może się znów niedługo zobaczymy.

Anna Iwaszkiewicz

 

 

Stawisko 2/X 1945

Kochana Pani Ireno!

Strasznie dawno nie miałam żadnych wiadomości od Państwa, a tu nagle poczta przynosi mi coś nie od Państwa co prawda, ale tak upragniony przez Panią list z Ameryki! Szalenie się tym ucieszyłam, bo jednak pamiętam, że nie była Pani pewna, czy ten list pisany na Stawisku przez Wandę Wertenstein dojdzie. Mam nadzieję, że list z New Yorku nie zawiedzie pokładanych w nim nadziei! Bardzo chciałabym wiedzieć, czy tak jest istotnie.

Co u Państwa słychać? Czy mają Państwo nowe mieszkanie, czy zawsze to samo? A cóż projekty Joasi?

My spędziliśmy we wrześniu przemiłe dwa tygodnie w Krakowie i byliśmy nawet trzy dni w Zakopanem, dokąd się obecnie świetnie jedzie z Krakowa — ciężarówką tylko 3 godziny. Pogoda była prześliczna, pustki tam zupełne, tak że naprawdę było rozkosznie i można by tam doskonale wypocząć, ale niestety mieliśmy różne obowiązujące nas terminy w domu, tak że dłużej siedzieć nie mogliśmy. Na Stawisku właściwie wszystko po staremu, rozpaczamy nad tą okropnie zimną i dżdżystą jesienią; właściwie dziś temperatura zupełnie zimowa; wszyscy tak marzli, że zdecydowaliśmy napalić w piecu w hallu i cały dom przychodzi się tam ogrzewać. Niech Pani sobie wyobrazi, że w czasie naszego pobytu w Krakowie przyjechał ojciec moich dziewczynek wysiedlonych13 i zabrał je. Bardzo mi brak ich w domu, bo się rzeczywiście do nich przywiązałam. Miałam już od starszej [Stanisławy] bardzo miły i zabawny liścik. Ale to pech, żeby mieć je u siebie 2 1/2 lat i żeby akurat wyjechały w czasie tak niedługiej naszej nieobecności w domu. Niech Pani powie, proszę, Joasi, która, wiem, że nam współczuje, że mieliśmy duże zmartwienie: samochód zabił przed domem biednego naszego Rolfa! Taki był szalenie mądry pies, taki sympatyczny! Wszyscy go tak lubili. I wszyscy jednogłośnie po prostu zawołali: „Dlaczego nie Topsiego!”14.

Za dwa tygodnie nareszcie ma odbyć się moja operacja. Jeśli wyjdę z niej szczęśliwie, to pewno w listopadzie przyjadę znów z mężem na parę dni do Łodzi.

Tymczasem najserdeczniej Państwa pozdrawiam i Joasię całuję

Anna Iwaszkiewiczowa

 

 

Sopot 15/VII 1946

Kochani Państwo!

Jestem bardzo wzruszona wiadomością o małżeństwie Joasi i spieszę z odpowiedzią, żeby podziękować wam za wasz miły list i żeby nie spóźnić się z życzeniami na dzień ślubu. Gdybym była na Stawisku, wybrałabym się do Łodzi na tę uroczystość, ale stąd znacznie dalej, a poza tym nie chcę przerywać pobytu tutaj, który ma na celu kurację i jest niestety mimo Domu Literatów bardzo kosztowny. Czy przyszły zięć Państwa15 jest krewnym znakomitego malarza? Nic żadne z was o tym nie pisze, a nie mam wrażenia, żeby była druga rodzina tego nazwiska. Czy młoda para będzie mieszkała stale w Łodzi, czy też on będzie miał zajęcia i w innych miastach? Teraz bardzo dużo ludzi ma właśnie tego rodzaju pracę, że dużo muszą podróżować; w każdym razie jednak jest zawsze jakiś zasadniczy punkt oparcia, więc jeżeli w tym wypadku zostaje nim Łódź, to nie grozi wam dłuższe rozstanie z jedynaczką. Wtedy, kiedy na wiosnę dowiedziałam się o tej tragedii, z którą Joasia się zetknęła, zrobił na mnie straszne wrażenie sam fakt, jako taki, ale — mogę to teraz powiedzieć — nie miałam przekonania, że była to naprawdę wielka miłość ze strony Joasi i dlatego mówię nie o jej tragedii, a że „zetknęła się z tragedią”. I obecny fakt jej zaręczyn i szczęścia potwierdza całkowicie moje ówczesne wrażenia. Widocznie tam była ona raczej pociągnięta uczuciem tamtej strony i dlatego, kiedy jego zabrakło, młodość i temperament szybko wzięły górę nad żałobą. To, że Joasia taką rzecz przeżyła, mogło tylko ją pogłębić, a że nie jest to jej pierwsze uczucie, choć jeszcze taka młodziutka, to całe szczęście! Uważam za rzecz niezwykle ryzykowną wyjście za mąż za pierwszą swoją miłość, bo rzadko kiedy bywa to również i ostatnia!

My tu jesteśmy z Terenią od 5-go. Pogoda dość zmienna, były dnie prześliczne, były i pochmurne i częściowo dżdżyste, ale w całości można powiedzieć, że jest ładnie, bo był tylko jeden dzień, kiedy nie byłyśmy na plaży. Jest tu sporo znajomych z Łodzi (w Domu Literatów), a także sporo znajomych i z Warszawy, a nawet z Podkowy. Terenia używa pobytu pod każdym względem, bo nie tylko plażuje i kąpie się, ale chodzi na dancingi, zwłaszcza teraz, kiedy przyjechała na 10 dni Marysia, która teraz przestała karmić małą16 i chciała trochę wypocząć od obowiązków macierzyńskich. Jarosław jest jeszcze w Moskwie, myślę, że jeśli przyjedzie koło 20, to może wpadnie tu w okolicy moich imienin, które będę spędzała samotnie, bo dziewczynki za tydzień już wracają. Ja chcę wysiedzieć chociaż 4 tygodnie, bo tej zimy nie wychodziłam z katarów i chrypy, a kuracja poniżej miesiąca, zwłaszcza klimatyczna, nie ma znaczenia.

Serdecznie Państwa pozdrawiam, przesyłam od siebie, nieobecnego męża i od córek życzenia szczęścia dla młodej pary i dla was —

A. Iwaszkiewiczowa

 

 

Stawisko 20/XII [1946]

Drodzy Państwo!

Bardzo zmartwiła mnie wiadomość o Joasi; rozumiem, jakie to było przykre i smutne dla niej, i to fatalne, że stało się tak od pierwszego razu. Będzie musiała teraz bardzo na zdrowie uważać i przyjść zupełnie do siebie, bo mogłoby to bardzo wpłynąć na jej organizm na dłuższy czas. Natomiast serdecznie ucieszyłam się wiadomością, że Państwo nareszcie mają mieszkanie. Tylko nie wiem, czy i młodzi z wami mieszkają. Mieszkanie to jest właściwie nieodzowny warunek do szczęścia i na pewno wszystko wam się teraz będzie zupełnie inaczej układało. Czy aby jest dostatecznie ciepłe wobec strasznych mrozów? Przesyłam drogim Państwu i młodej parze najserdeczniejsze życzenia Świąteczne i noworoczne. Oby ten rok nadchodzący przyniósł wam spokój, którego pragną chyba wszyscy ludzie dobrej woli. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich. Joasię czule całuję

A. Iwaszkiewiczowa

 

 

Stawisko 22/III 1947

Kochana Rodzino Kramsztyków z „przyległościami”!

Naprawdę bardzo przykro mi było, że ostatecznie wyjechałam z Łodzi bez pożegnania się z wami, ale tak się fatalnie składało, że ja zawsze popołudnia miałam całkowicie obsadzone (a głównie czas zajmował mi dentysta), a ranki, zasadniczo wolne, były pod względem towarzyskim do niczego, ponieważ wy wszyscy wtedy macie zajęcia i jesteście poza domem. Z kinem była rzeczywiście głupia historia i doprawdy nie rozumiem, dlaczego „Joasiowie” po prostu nie przyszli na ostatni seans, na który zasadniczo umówiliśmy się, a to, że ten seans okazał się o trzy kwadranse później, to ostatecznie nie robiło przecież takiej różnicy! Wyobraźcie sobie, że byłam na tym filmie za darmo, i to w ten sposób: przyszłam wcześnie, bo nie będąc pewną, czy młodzi przyjdą z biletami, tak jak wspominała Joasia, myślałam, że na wszelki wypadek będzie rozsądnie zająć miejsce w ogonku przy kasie; tak też i zrobiłam, ale kiedy doszłam, okazało się, że miejsca są już tylko w pierwszych rzędach, co dla moich oczu jest zupełnie niemożliwe; byłam trochę zła, ale postanowiłam jednak poczekać jeszcze parę minut na nich, a tu nagle natknęli się na mnie jacyś bardzo mili państwo, którzy zaproponowali mi wzięcie biletu od nich i że nic się za ten bilet nie należy, bo oni go dostali!! Do końca nie bardzo zrozumiałam tę kombinację, ale na filmie byłam (zresztą oprócz pięknych zdjęć z konnej jazdy i prześlicznych kobiet nie podobał mi się).

Śniadanko z Andrzejem zostawiło mi bardzo miłe wspomnienie, a „żarcie” było rzeczywiście nadzwyczajne! Żałuję strasznie, że jeszcze potem was nie widziałam. Moje sprawy zębowe załatwiłam świetnie, z dr. Stadnickiego jestem bardzo zadowolona i właściwie, choć te rzeczy w ogóle są szalenie kosztowne, jednak wziął mniej, niż taka historia kosztowałaby w Warszawie.

Skrobię jak kura patykiem, bo oddałam swoje pióro tzw. wieczne (daleko mu do tego!) do reperacji, a cienką stalówką zupełnie pisać nie umiem.

Cóż to straszne katastrofy z powodu tych powodzi i lodów na Wiśle! Pomyśleć, znowu Warszawa z jednym mostem! I co to za koszta! U nas w Podkowie stan rozpaczliwy. Od dziesięciu dni konie cały dzień po prostu tylko wożą na kolejkę i z kolejki, bo wszyscy mają w Warszawie zajęcia, a każdy o innej porze.

Przejście jest absolutnie niemożliwe mimo naszego przepuszczalnego, piaszczystego gruntu, bo ziemia jeszcze nie rozmarzła, a słońca nie ma, więc lód nadzwyczaj powoli topnieje. Stan jest taki, że drogi to rozlana woda z lodem, a między drzewami (jeśli chce się iść bokiem) pod śniegiem jest kilkadziesiąt centymetrów wody. Nie pamiętam nigdy, żeby tak było.

No, tymczasem do widzenia, moi kochani, może będziecie kiedy w Warszawie, bo ja nieprędko teraz będę w Łodzi. Najlepsze życzenia na Święta i serdeczności wszystkim wam przesyłam —

Anna Iwaszkiewiczowa

 

 

Stawisko 26/IV [1947]

Kochana Pani Ireno!

Szalenie prędko ten czas na wiosnę leci; wierzyć mi się nie chce, że to już blisko dwa miesiące, jak byłam w Łodzi. Za kartkę waszą z życzeniami świątecznymi najserdeczniej dziękuję. U nas oczywiście było urwanie głowy w całym okresie przed i poświątecznym. W pierwszym z powodu przygotowań kulinarnych i domowych w ogóle, w drugim z powodu nawału gości. Teraz zresztą przy ładnej wiosennej pogodzie również ich nie brakuje.

Wyobraźcie sobie, że w połowie czerwca jedziemy do Paryża i Londynu, z czego szalenie się cieszę, bo już tyle lat się nigdzie właściwie nie ruszałam (prócz Łodzi i Krakowa). Zasadniczo Jarosław jest delegowany na zjazd ZAiKS-u, który ma się odbyć 29 czerwca w Londynie, ale najbardziej cieszymy się na Paryż. W Londynie mam zamiar przeprowadzić dużo rozmów, to znaczy starać się ludziom przemawiać do rozsądku, ale nie wiadomo, czy wszyscy, o których myślimy, będą chcieli nas widzieć! Tam wśród emigracji panuje pod tym względem pewnego rodzaju terror, tak że podobno ludzie wręcz boją się, żeby ich ktoś ze swoich nie spotkał z kimś z kraju! Zobaczymy, w każdym razie bardzo jestem ciekawa, jak to będzie.

Najgorsze to to, że już mnóstwo osób prosi nas o zabranie to „paczuszki”, to listu, a ilość bagażu musi być dość ograniczona!

Moja złota, czy nikt z was nie będzie w tych czasach w Warszawie? Mam bardzo ważną i dość nieprzyjemną sprawę, którą tylko ktoś zaufany mógłby mi załatwić, a mianowicie: jak Pani wie, miałam na jesieni rwane przez Meissnera dwa zęby trzonowe, które teraz bardzo ładnie dr Stadnicki mi na mostku obsadził; otóż nie rozumiem, jak i dlaczego klamerka się obruszała, co absolutnie nie powinno się zdarzyć. Pisałam o tym do dr. Stadnickiego i obiecał mi zaraz to naprawić, jeśli mu to przyślę. Boję się jednak rzecz tak kosztowną posyłać przez pocztę! Może będę miała pewną okazję w maju, ale to nie jest pewne; zresztą ten ktoś może będzie tylko jeden dzień, więc nie byłoby czasu na reperację. Byłabym nadzwyczaj wdzięczna, gdyby Pani napisała mi zaraz, czy ktoś z was się nie wybiera, to może jakoś dałoby się skomunikować. Ciągle spodziewam się „Joasiów” na Stawisku. Byłaby to dla mnie bardzo miła wizytka. Niedawno spotkałam w Milanówku matkę Andrzeja17 i dość długo o was rozmawiałyśmy. Bardzo dużo serdeczności przesyłam całej rodzinie i czekam słówka odpowiedzi

A.I.

 

 

5/V 1947

Kochana Pani Ireno!

Stokrotnie dziękuję za zainteresowanie się moją sprawą zębową i gotowość pomocy. Na szczęście rzecz jest już załatwiona przez Wandę Wertenstein, która właśnie wyjeżdżała do Łodzi na parę dni. Co prawda jeszcze nie wróciła, ale sądzę, że dostarczy mi powierzony jej cenny przedmiot.

Bardzo żałuję, że nie wiedziałam o waszym srebrnym weselu; w każdym razie przesyłam spóźnione, lecz nie mniej serdeczne powinszowania i życzenia doczekania w pomyślności złotego i brylantowego wesela. Sądzę, że w Łodzi już nie będę przed wyjazdem, ale jeśli chce Pani przysłać mi list do brata, to naturalnie wezmę. Czy bardzo wam dokuczają te okropne chłody? Wczoraj w nocy było 4 st. mrozu i obawiamy się, że czereśnie zmarzły, a tak ślicznie kwitły!

Serdeczności wszystkim przesyłam.

A.I.

 

 

Stawisko 15/V 1947

Kochana Pani Ireno!

Przesyłam wam moją podobiznę, zrobioną do paszportu i powiększoną do rozmiaru pocztówki. Trochę wyglądam jakby z jednej strony spuchnięta od zęba (lekkie zapalenie okostnej), ale poza tym zdaje się, że bardzo dobra. Ŕ propos właśnie zębów, stokrotnie dziękuję za zajęcie się tą moją sprawą i za depeszę; niestety fatalnie się stało, bo jak już Pani napisałam w kartce, wzięła to Wanda Wertenstein, ale trzeba takiego pecha, że dr Stadnicki właśnie gdzieś na parę dni wtedy wyjechał, tak że Wanda wracając wziąć tego nie mogła z powrotem; zostawiła kartkę do swej kuzynki Toeplitzówny18, która parę dni po niej miała jechać do Warszawy, żeby to przywiozła, tymczasem tej kartki jej nie oddali. Teraz muszę czekać aż do 24 V, bo panna Toeplitz przyjeżdża znów do Warszawy na Zielone Świątki. Gdyby więc droga Pani miała przedtem okazję (ale bardzo pewną), to byłabym wdzięczna za przywiezienie mi tego. Ale zresztą może już lepiej trzymać się panny T., której Wanda musiała dobrze nagadać, żeby to koniecznie załatwiła; ostatecznie tydzień właściwie do tego czasu!

Wiosna teraz przepiękna, raczej można by powiedzieć: lato, bo od trzech dni są przecież zupełnie letnie upały. Tempo, w jakim się wszystko teraz rozwija, jest zupełnie oszałamiające. Jabłonie kwitły przepięknie, już opadają, bzy w pełni, Stawisko wygląda uroczo, szkoda, że nie możecie zobaczyć. Szczególniej żałuję, że młoda para w tym czasie odwiedzić nas nie może. W domu na ogół wszystko dobrze, ale mam „kryzys” służbowy i trochę z tym kłopotu. Wyjeżdżamy do Paryża prawdopodobnie od dziś za miesiąc, mam przedtem jeszcze masę rzeczy do załatwienia, wydaje mi się, że już bardzo mało czasu mi zostało. Czy przyśle mi Pani list do brata?

Bardzo dużo serdeczności całej rodzinie przesyłam

Anna I.

PS Przy robieniu porządków wiosennych poruszyliśmy waszą walizką; jest tam dużo moli. Czy te różne szmatki, co zostały, można po prostu spalić? Jest tam też trochę kurzy i podarta parasolka.

 

 

Ustka 25/VIII [1947]

Kochani Andrzejowie!

Co się z wami dzieje? Ja tu siedzę na Wybrzeżu już cztery tygodnie, ale korespondencję, która przychodziła, przesyłają mi. Szczerze wam powiem, że to, że na moje imieniny nic nie było i nie ma nic dotychczas, zaniepokoiło mnie, ze względu na stan Joasi. Myślałam, czy czasem znowu coś niedobrego się nie zdarzyło. Nie dziwcie się, że tak piszę szczerze o tych imieninach, ale wiem, że zawsze tak o mnie pamiętacie. Odpiszcie, ale już na Stawisko, bo tu już nie doszłoby. Mnie tu było rozkosznie z Maciusiem; właściwie z nim byłam nie w Ustce, a w Hallerowie; dopiero kiedy rodzice po niego przyjechali, przeniosłam się do Ustki. Jest to prześliczna miejscowość, duże lasy sosnowe (w rodzaju podkowiańskich) nad samym morzem.

Chyba na przyszły rok też tu przyjadę.

Bardzo serdecznie was pozdrawiam, Joasię całuję

Anna Iwaszkiewiczowa

 

 

Stawisko 14/XII [1947]

Kochana Reniu!

Strasznie jakoś czas leci i wcale nie wiadomo, jak to się zrobiło, że już Święta tuż tuż. To pewno z powodu tej niezwykle ciepłej pogody nie można zdać sobie sprawy, że zabrnęło się już daleko w zimę. Nic nie wiem, co u was słychać. Jak chowają się bachorki, jak czuje się Joasia? Czy nie bardzo jest przemęczona i czy dostała kogoś do pomocy? Inaczej nie mogę w ogóle sobie wyobrazić, jak dałaby sobie radę. Pewno i tak codziennie tam u niej przesiadujesz. Ucałuj ją, proszę, bardzo mocno ode mnie i powiedz, że przesyłam jej wiele najlepszych życzeń.

Czy dzieciaczki już są chrzczone? Czy imiona ich definitywne? Jeden jest Krzysztof Józef19, prawda? A drugi?20 Wiesz, że Wanda Wertenstein ma wspaniałego syna?21 Robili jej cesarskie cięcie i przez jakiś czas stan jej był podobno bardzo niepokojący, ale teraz już jest zdrowa. Dziecko było spóźnione o miesiąc. Żal mi w tym wszystkim bardzo matki! Już sama sytuacja życiowa wystarczyłaby, a jeszcze musiała przeżyć taki okropny niepokój o córkę. Andrzejewski i ja mamy trzymać do chrztu to maleństwo! Biedactwo! Jednak w tej sytuacji to chyba lepiej, że to chłopak. Napisz, proszę, wszystko o was.

Serdeczności i życzenia przesyłam

Anna

Co dzieje się z matką Andrzeja?

 

 

Podał do druku i opracował Robert Papieski

1 Prezentowana korespondencja stanowi drobną część dużego bloku listów Anny Iwaszkiewiczowej do Ireny Kramsztyk, przekazanego Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku przez Krzysztofa Prochaskę, wnuka Ireny Kramsztyk. Panu Prochasce należą się też słowa podziękowań za pomoc w opracowaniu przypisów dotyczących rodziny Kramsztyków. Irenie i Andrzejowi Kramsztykom oraz ich córce Joannie Iwaszkiewiczowie okazali wielką pomoc podczas okupacji. Oto jej relacja: „Anna Iwaszkiewicz jeździła do ojca do Milanówka, aby mu coś zawieźć do jedzenia i pogadać z nim, co było bardzo ważne dla jego psychiki i samopoczucia. Ja trochę czasem pracowałam tam [w Stawisku] w ogrodzie, płacili mi, a poza tym też dawali nam pieniądze, ubranie i żywność. Sama świadomość, że oni się nami opiekują, pomagała nam żyć. Dostałam zapalenia wyrostka robaczkowego ― Anna Iwaszkiewicz załatwiła mi operację w Warszawie u swojego bliskiego krewnego Wacława Lilpopa, znanego chirurga. Gdyby nie jej pomoc i ta operacja, nie żyłabym na pewno. Wszystko robili bezinteresownie” (cyt. za: Marek Radziwon, Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie, Warszawa 2010, s. 161).

2 Andrzej Kramsztyk (1895–1969), adwokat, mąż Ireny Kramsztyk z d. Silbermintz (1898–1980), stryjeczny brat malarza Romana Kramsztyka (1885–1942).

3 Joanna Prochaskowa z d. Kramsztyk (1926–2011), elektroradiolog.

4 Teresa Iwaszkiewicz (1928–2012), młodsza córka Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów.

5 Ludwik Wertenstein (1887–1945), fizyk, asystent Marii Skłodowskiej-Curie, kierownik Pracowni Radiologicznej Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, profesor Wolnej Wszechnicy w Warszawie. Mieszkał w sąsiedztwie Iwaszkiewiczów, w Turczynku.

6 Matylda Wertenstein z d. Meyer (1885–1952), żona Ludwika Wertensteina.

7 Wanda Wertenstein (1917–2003), krytyczka filmowa, scenarzystka, reżyserka; wieloletnia redaktorka miesięcznika „Kino”; córka Ludwika Wertensteina.

8 W tym czasie Jarosław Iwaszkiewicz przystępował do redagowania wychodzącego w Poznaniu dwutygodnika „Życie Literackie”, którego pierwszy numer ukazał się 1 VI 1945; funkcję tę pełnił do sierpnia 1945 roku.

9 Maria Iwaszkiewicz (ur. 1924), starsza córka Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów; w tym czasie mieszkała ze swoim pierwszym mężem Stanisławem Włodkiem (1918–2005) na Stawisku.

10 Maciej Włodek (ur. 1944), syn Marii Iwaszkiewicz i Stanisława Włodka.

11 Irena Krzywoszewska z d. Lilpop (1901–1978?), daleka kuzynka Anny Iwaszkiewiczowej, żona Stanisława Krzywoszewskiego.

12 Stefan Krzywoszewski (1866–1950), dziennikarz, powieściopisarz, dramaturg; teść Ireny Krzywoszewskiej.

13 Chodzi o siostry Stanisławę i Jadwigę Durasówny, pochodzące z wysiedlanej przez Niemców Zamojszczyzny; zimą 1943 zostały uratowane z transportu do Niemiec i przygarnięte przez Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów.

14 Topsi — pies Iwaszkiewiczów; nielubiany przez domowników, gdyż — wedle słów Marii Iwaszkiewicz — „był nieznośny i podlizywał się Niemcom”.

15 Leon Prochaska (1911–1994), ekonomista i nauczyciel.

16 Anna Włodek (ur. 1946), córka Marii Iwaszkiewicz i Stanisława Włodka.

17 Emilia Regina Kramsztyk z d. Mutermilch (1866–1949), żona adwokata Feliksa Kramsztyka (1853–1918), radcy prawnego firmy Lilpop, Rau i Loewenstein. Jej wspomnienia ukazały się w „PMK” nr 39/2003.

18 Prawdopodobnie chodzi o Ewę Toeplitz (1917–2009), córkę Teodora i Haliny Toeplitzów.

19 Krzysztof Prochaska (ur. 25 X 1947), informatyk.

20 Janusz Prochaska (ur. 25 X 1947), chirurg stomatologiczny.

21 Jerzy Wertenstein-Żuławski (1947–1996), socjolog.




PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY  —> spis treści numeru