PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 61-62

Wspomnienia podkowian

Nasz drewniany domek


domek przy brzozowej

Domek przy Brzozowej

Architekturze Podkowy Leśnej Grzegorz Grątkowski napisał: Z lat trzydziestych pochodzi też kilka mniejszych obiektów, których nie zaliczamy do architektury willowej, z racji innej funkcji. Były to raczej domki weekendowe i letnie, o cieńszych ścianach, czasami drewnianych (...). Miały też bardziej zróżnicowane, delikatniejsze bryły, opracowane bardzo dekoracyjnie, dzięki czemu odznaczały się wdziękiem i finezją.
W książce pana Grątkowskiego nie ma fotografii ani informacji o moim rodzinnym domu znajdującym się przy ulicy Brzozowej 18. W tej, głównej części miasta, jak w całej Podkowie, dominuje architektura murowana. Drewniany, niepozorny, niewielki domek wyróżnia się skromnością bryły i powierzchni mieszkalnej.
Zbudował go mój ojciec, Jan Kowalski. Był on inżynierem, zajmował się projektowaniem instalacji sanitarnych, wodno-kanalizacyjnych. Pracował w firmie „Radłowski i Spółka”. Wykonując przed wojną swój zawód, otrzymywał zarobki, które pozwalały mu na to, by kupić w Podkowie Leśnej działkę i wybudować dom. Rodzina mieszkała w Warszawie, w kamienicy przy placu Zawiszy (po wojnie była tam siedziba „Expressu Wieczornego”), budynek ten stoi do dziś.

Ojciec był zafascynowany Podkową Leśną, a znajomość z Baniewiczami, Regulskimi, wspólne spotkania w ramach Automobilklubu (uwiecznione na rodzinnych zdjęciach), spowodowały szybką decyzję. Poza tym w domu zawsze obowiązywały zwyczaje wychodzenia na spacery do parku, do lasu, a więc domyślam się, że nie tylko pod wpływem znajomych, ale i z potrzeby zdrowego , przyrodniczego otoczenia rodzice postanowili domek postawić. Budowę rozpoczęto w 1938 roku, a zakończono na wiosnę 1939 r. Domek miał być letniskowy, niewielki, trzypokojowy z kuchnią. Oprócz ojca, który ze stolicy przyjeżdżał na budowę, prace nadzorował też dziadek, Józef Błaszczyk. Sam sprawdzał zaostrzonym prętem, czy robotnicy odpowiednio ubili trociny, czy prawidłowo wykonano izolację. Domek miał być bardzo ciepły, solidnie uszczelniony. Szybko został urządzony, wyposażony w stylowe, czeczotowe meble, obrazy. Tata inżynier miał swój gabinet w hallu, na piętrze, tam stało jego biurko, tam wykonywał projekty. Był miłośnikiem Piłsudskiego, więc oczywiście na ścianie wisiał piękny portret Marszałka w złoconej ramie.

Zofia i Jan Kowalscy

Zofia i Jan Kowalscy

Ale radość z plonu własnej pracy trwała krótko. Zaraz po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 roku ojciec zgłosił się jako ochotnik do obrony Warszawy. Nie zobaczył już ani wymarzonego domku w Podkowie, ani pozostawionej w stolicy rodziny. Zginął 27 września 1939 roku, dzień przed kapitulacją Warszawy. Śmierć miała miejsce w okolicach ulicy Chmielnej, wówczas zginęło wiele osób, co potwierdzali świadkowie. Brat taty, Stanisław, który także walczył , po trzech miesiącach odnalazł zwłoki i na własnych rękach wyciągnął Jana ze zbiorowej mogiły. Przeprowadzono ekshumację. Jan Kowalski pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Na zachowanej, pamiątkowej fotografii ma na sobie mundur, a z boku paradną szablę. Wiem, że ojciec nie był wojskowym i trudno jest mi ustalić, jaki mundur miał na sobie. W domu mówiło się, że to uniform jakichś służb ochotniczych, do których zgłosił się , aby bronić ojczyzny. Gdy po wojnie mama, (Zofia, z d. Błaszczyk) snuła opowieści rodzinne, podkreślała, że ową szablę ukrywała w podkowiańskiej piwnicy w obawie przed powojenną władzą. Różne symbole patriotyzmu, polskości były przecież niszczone, zabierane. Dopiero mój mąż, Jerzy, partyzant od „Ponurego” wczołgał się kiedyś do ciasnej piwniczki i tę szablę wydobył. Ostrze do dziś jest niezardzewiałe.

Po śmierci ojca mama wraz ze mną na stałe przeniosła się do Podkowy Leśnej. Tak jak wiele innych miejscowych domów i ten stanowił schronienie, ratunek. Był pełen ludzi. Przebywali tu krewni, znajomi. Tak samo było na pograniczu Owczarni i Podkowy u Stanislawa Kowalskiego, który poszedł w ślady rodzonego brata i też zbudował dom. Jako dziecko czułam się w czasie wojny w Podkowie bezpiecznie. Pamiętam jedną wizytę Niemców w domu. Mężczyźni pochowali się na drzewa, matka kazała mi się ukryć się w szopie. Ot, przechodzili tędy i nie mieli złych zamiarów. Oczywiście słyszałam o aresztowaniach w Podkowie aktywnych ludzi podziemia, ale życie naszej rodziny (poza wymienionym epizodem) nie było narażone na niebezpieczeństwa. I tak, w miarę spokojnie żyli tu bliscy aż do kolejnej, ważnej, historycznej daty – 1 sierpnia 1944 roku. Tego dnia mama pojechała do Warszawy, do teatru i już na wieczór nie wróciła, bo wybuchło Powstanie. Nie było z nią żadnego kontaktu, nie miałyśmy pewności, czy żyje. Została na placu boju, w cywilu, nie należała do żadnej organizacji. Szła, gdzie było trzeba, do rannych w szpitalach, kanałami, z meldunkami, tam, gdzie inni się bali lub nie mogli. Gotowała dla całej gromady powstańców. Miała szczęście, nie przytrafiło się jej nic złego. Mieszkając w kamienicy w Śródmieściu mówiła, że nie zejdzie do schronu, bo lepsza śmierć od wybuchu bomby niż od zawalonej kamienicy. Dzięki Bogu, przeżyła Powstanie. Potem podzieliła los ewakuowanych mieszkańców stolicy i trafiła do obozu w Pruszkowie, „Dulag – 121”. Tu także los był dla niej łaskawy. Podczas akcji „na roboty” decyduje się opuścić obóz, bo wierzy, że z transportu będzie łatwiej uciec niż stąd. I tak się staje. W odległości 4 km od Dulagu nagle Niemiec zatrzymuje się przed grupą i każe Polakom uciekać. Mama przypuszczała, że ktoś w tym gronie musiał go wcześniej przekupić. Dzięki takim okolicznościom i z tej próby wyszła zwycięsko. Ale gdy stanęła przed furtką własnego podkowiańskiego domu, nikt jej nie poznał. Do dziś pamiętam słowa ciotki: „–To jakaś starowinka. No, wpuścimy tę biedaczkę.”

Jako wdowa zaprawiona w boju szybko zaczęła zarządzać domem. Tak jak wiele przedwojennych kobiet nie miała żadnego zawodu, ale miała wielki dar w ręku – potrafiła szyć. Jeszcze jako panna lubiła to zajęcie. Będąc jedyną żywicielką rodziny, zaczęła szyć dla innych. W podkowiańskim domu, za kotarą zawsze stała maszyna, manekin, leżały robótki, szpulki nici.

I znów los się do mamy uśmiechnął. Pewnego dnia, jadąc kolejką WKD do Warszawy, spotkała panią Grabowską, założycielkę „ModyPolskiej”, znanej po wojnie, wspaniale, jak na te czasy, prosperującej firmy odzieżowej „Moda Polska”. I , jak to często bywa, babskie gadanie okazało się owocne. Pani Grabowska mieszkała w Podkowie Leśnej i zaproponowała znajomej współpracę. Najpierw były to drobne zlecenia, a wkrótce chlebodawczyni doceniła zdolności swej pracownicy i skierowała mamę na odpowiednie kursy, powtarzając, że jako czeladnik pani Kowalska marnuje się. Szybko pomogła jej stać się mistrzem krojczym. Uzyskawszy odpowiednie kwalifikacje, mama do emerytury pracowała w „Modzie Polskiej” , najpierw przy Marszałkowskiej, gdzie był ładny duży sklep z pracownią krawiecką na górze, a potem na rogu Chmielnej i Nowego Światu. Zawsze bardzo dobrze wyrażała się o swojej firmie.

Oprócz dobrej pracy zawodowej mama miała jeszcze wsparcie ze strony koleżanek – wdów, które pomagały sobie nawzajem. Mamę cechowała uczynność, życzliwość i uprzejmość. W każdej chwili była dla kogoś, kto potrzebował pomocy i taką pomoc otrzymywała od przyjaciółek: pani Walickiej (wdowy po rozstrzelanym przez hitlerowców dowódcy kompanii „Brzezinka”), pani Osińskiej (jej mąż zginął w Katyniu), pani Pilchowej. Wiele takich mocnych kobiet w Podkowie trzymało się razem, ratując się w trudnych, powojennych czasach.

Uczęszczałam do podkowiańskich szkół (u p. Knoff, przy Parkowej, później przy Błońskiej). Chcąc pomóc pracującej matce, pani Walicka z ciocią Stefą ustaliły, że najlepszym miejscem dla Elżuni będzie szkoła w Zbilitowskiej Górze, pod Tarnowem, prowadzona przez Zakon Sióstr Serca Jezusowego. Skierowano mnie tam do piątej klasy, niestety, tylko na rok, bo zaczęło się upaństwowienie, stopniowo odbierano Zakonowi te szkoły. Po powrocie z Sacre Coeur trudno było dostać się dziecku do szkół podkowiańskich i w okolicy. Wreszcie, po wielu trudnościach mama umieściła mnie w grodziskiej „czwórce”, daleko, za torami. Dalej kształciłam się w Technikum Budowlanym, przy ulicy Górnośląskiej w Warszawie, omijając jakoś nakaz rejonizacji. W warszawskiej szkole patrzono dość podejrzliwie na mnie, jako tę z Podkowy – środowiska głównie Armii Krajowej. Zdarzało się i później, że znajomi z pracy przyjeżdżali do nas pod pretekstem spenetrowania środowiska, głównie z Armii Krajowej i przez odmowę zapisania się do ZMP. Pracowałam cały czas w branży budowlanej, w biurze projektów przemysłu fermentacyjnego, przy ul. Nowogrodzkiej 22, obok Forum. Szkoła dała mi solidne przygotowanie zawodowe.

W Podkowie Leśnej mieszkałam do 1959 roku. Po ślubie ze świętokrzyskim partyzantem Zgrupowania „Ponury – Nurt”, Jerzym Janczewskim przeniosłam się do Warszawy, ale w każdą niedzielę, wciąż przyjeżdżaliśmy do mamy, na Brzozową. Podobnie siostry mamy, jedna z Gdyni, druga z Łodzi również odwiedzały rodzinny dom.

W przeciwieństwie do wielu podkowiańskich willi nasz skromny domek nie był objęty kwaterunkiem. Ocalał niezniszczony, niezdewastowany. Po opuszczeniu gniazda przez dzieci mama zawsze wynajmowała pokój, a ponieważ był to jej wybór, nie doznawała udręki kwaterunku, jak miało to miejsce w innych miejscowych domach, gdzie zasiedlano większe domy ludźmi przeważnie z marginesu. Trafiała na porządnych lokatorów. Dbała o własność, przeprowadzała remonty. Babcine pokoiki były ulubionym miejscem wypoczynku dla wnuków – Łukasza i Marcina, który nade wszystko cenił swobodę u babci i do woli hasał po podkowiańskich ścieżkach na rowerze, zgodnie z umową meldując od czasu do czasu dzwonkiem, że żyje. Czuł się tu świetnie, może dlatego że warszawskie mieszkanie było ciasne, a tu miał ogród. Uwielbiał przyjeżdżać do Podkowy i tak się stało, że osiadł tu z rodziną na stałe. Natomiast mój młodszy syn, Łukasz, pozostał w Warszawie. Obydwaj synowie wychowani na spotkaniach świętokrzyskich partyzantów, pielęgnują pamięć po ojcu, uczestnicząc w różnych uroczystościach członków zwyczajnych i nadzwyczajnych Zgrupowania „Ponury – Nurt”. Łukasz pełni w tym kole funkcję sekretarza.

Opowiadając o swoim życiu, chcę przypomnieć jeszcze kilka innych osób ze środowiska podkowiańskiego, które szczególnie zachowałam w swojej pamięci, m.in. księdza Franciszka Barańskiego, który udzielał mi Pierwszej Komunii Świętej czy ubóstwianą wychowawczynię, panią Buźniakową, dla której w czerwcu, idąc do szkoły, zbierałam dojrzewające poziomki i z łodyżką kładłam jej na biurku, a także nauczycielki muzyki – panią Zofię Lachertową i Zofię Mazurkiewicz (żonę dyrygenta, kompozytora), która ilekroć spotykała moją mamę, zadawała to samo pytanie: „Czy Ela gra?” Słysząc odpowiedź, załamywała ręce: „Jezus, Maria, taki talent!” Widocznie doskonale pamiętała, jak jej uczennica bez problemu obejmowała całą oktawę.


Elżbieta Janczewska



 <– Spis treści numeru