PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 54-55

Witold Bartoszewicz

Słowa klucze




Na okładce słowa od autora: „...zapraszam ludzi do stołu zastawionego rozmaitymi potrawami. Tu opowiadanie, tam powieść, artykuł, esej. Częstujcie się, rozmawiajmy przy tym, pogadajmy, a już co kto znajdzie...”.

Już niewiele mi brakuje, by znaleźć się w czterdziestoprocentowym, a może jeszcze liczniejszym towarzystwie tych rodaków, którzy w ciągu roku nie przeczytali żadnej książki. Zgrabna zachęta sprawiła, że przeczytałem książkę Piotra Wojciechowskiego1 i przyjąłem zaproszenie do biesiadnej rozmowy.

Gdyby to było wino, napisałbym: białe, ale bez przesady. Wyczuwalna domieszka żółci – i w barwie, i w smaku. Jeśli schłodzone, dobrze komponuje się z potrawami wyrazistymi, łagodząc ich ostrość. Krótki ogon, na końcu lekki akcent słodyczy. Długo przechowywane może skwaśnieć.

Ale skoro to jest książka, zasługuje na baczniejszą uwagę. Składa się na nią wybór tekstów przeważnie już publikowanych w czasopismach. Stąd, mimo przeredagowania, widać ich doraźność (ów „krótki ogon”), ale czy warto czynić z tego zarzut? Proponuję życzliwą lekturę skoncentrowaną wokół kilku słów kluczowych.

Zamęt – czyli historia, a zwłaszcza „spadek po PRL-u”, i jako dziedzictwo zamętu: rany – które „goją się źle”.

Te partie książki, w których autor rozważa historyczny los Polaków, a na tym tle rolę i odpowiedzialność inteligencji, której przypadł z konieczności obowiązek zastąpienia klasy średniej, przyjmuję z uznaniem, ale bez większego poruszenia. Pewnie dlatego, że wywód jest wyważony, a oceny – ostrożnie rozsądne. Zgadzam się, że powodzenie budowy społeczeństwa obywatelskiego jest uwarunkowane indywidualną pracą jednostek nad charakterem i kształtowaniem w sobie (lub odzyskiwaniem) cnót obywatelskich. Odczuwam wspólnotę z autorem, kiedy wyznaje: „Każdy, kto choćby kawałkiem życiorysu zahaczył o tę przedziwną, hybrydalną międzyepokę (...), pożył sobie w Polsce Ludowej, będzie odrzucał oceny polityków i historyków, będzie sobie drwił z syntez, będzie oburzał się na pochwały, będzie podważał słowa krytyki. Każdy z nas wie lepiej, jak to było”. A co jest teraz? Oto przedmiot szczególnej troski Piotra Wojciechowskiego.

Kolejne słowo kluczowe to Śmiecie. „Myślę o tym społeczeństwie, zbierając śmiecie nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Boję się, że niezależnie jak udatnie wystawiać będziemy Wyspiańskiego i grać Szymanowskiego – oni muszą śmiecić, naiwnością jest oczekiwać, że cudownie przestaną. To jest ich ekspresja, sposób przeżywania dobrobytu...”. Oni – kto to taki? Z kolejnych esejów dowiadujemy się, że są to konsumenci kultury masowej i uczestnicy rynku, czyli my wszyscy. Konsumenci i uczestnicy, ale także ofiary, które nie tylko śmiecą, ale i skazane są na obcowanie ze śmietniskiem masowych mediów. W ich (a więc też naszej) obronie Wojciechowski zabiera się do sprzątania. W toku wywodu śmiecie zyskują nowe nazwy: telenowela, reality show, cyberprzestrzeń, reklama...

W trakcie lektury z wolna odkrywam w sobie chęć sporu z autorem.

Na pozór wszystko się zgadza: portret telewidza jako „niewolnika mebla”, poddanego „półnarkozie świadomości medialnej”, chyba niestety jest trafny. Zaś wiara w „moc zawartą w książce” i pochwała kultury książki jako „kultury wyobraźni, wyboru i krytycyzmu” budzą szacunek. A jednak coś mnie uwiera, czegoś mi brakuje. Czuję, że Wojciechowski nie lubi teraźniejszości i lęka się przyszłości, a winą za to obarcza telewizor, komputer i te mechanizmy cywilizacyjne, które za nimi stoją. „To nie jest spisek, to gorzej niż spisek – to stadium rozwoju”. Marzenie o „telewizji wiernej kulturze europejskiej”? Zgoda, ale jednak nie mogę odsunąć podejrzenia, że autor uprawia krytykę trochę zbyt łatwą i hurtową. Za często stosuje efekt nieokreślonego zagrożenia przy pomocy fraz w rodzaju: „skutki, których nie potrafimy może jeszcze uchwycić”.

Spotykam też opinie, które muszę stanowczo oprotestować. Wymienię tylko kilka przykładów. Przecież to nieprawda, że „prawo moralne zawarte w dziedzictwie klasycznej kultury europejskiej miesza się z prawem pięści i samosądu z westernu”. To przeciwstawienie klasycznego ładu moralnego i dzikości ma dwa słabe punkty. Po pierwsze, prawo moralne nie jest w kulturze europejskiej „zawarte”, jako coś kodeksowo niewzruszonego. Przeciwnie, bywa kwestionowane, prowokowane, poddawane próbom, a więc lepiej byłoby powiedzieć, że jest problemem otwartym. Po drugie, nie ma zgody na tak niesprawiedliwe potraktowanie westernu. Tam właśnie mamy do czynienia z jasnym i prostym przesłaniem moralnym. Etyka odpowiedzialności zwycięża, a widz oddycha z ulgą. Później, w westernach poklasycznych, na przykład w brutalnych filmach Peckinpaha, sprawy się komplikują, co pozostaje w całkowitej zgodzie z duchem kultury europejskiej, w której nurtowi afirmacji stale towarzyszy nurt wywrotowy. Pominę fragment o zgubnych skutkach telenowel, zapytując mimochodem, czym się one różnią od powieści dla kucharek, zostawię na boku już raczej nieaktualne rozważania o Big Brotherze, by zatrzymać się na chwilę przy komputerach.

Dlaczegóż to „zerojedynkowe procedury wewnętrzne systemów komputerowych wymuszają na użytkownikach redukowanie rzeczywistości społecznej do uproszczonych schematów”. Nie widzę tu żadnego związku. To zupełnie chybiona analogia. A uwagi o demokracji proceduralnej w tym kontekście są pustą grą słów. Owszem, warto pytać, czy demokracja ma być przede wszystkim demokracją reguł państwa prawnego, czy konieczne jest również odniesienie do wartości. Ale co tu ma do rzeczy binarny kod służący do porozumiewania się z procesorem?

Przyznać wypada, że Wojciechowski nie widzi wszystkiego czarno. Próbuje z rzadka znaleźć coś pozytywnego, czyni to jednak zbyt nieśmiało i niechętnie. „Czasem jest ciekawie, gdy bezinteresownie, wspólnie robione bezpłatne programy typu Linuxa wygrywają z produktami gigantów, ale czy wtedy świat robi się lepszy?” – Tak, właśnie robi się lepszy. Cały ruch wolnego oprogramowania, nieograniczony zresztą do Linuxa, czy inicjatywy zmierzające do zniesienia narzuconej przez koncerny medialne kontroli swobodnego przepływu dóbr kultury to przejawy pospolitego ruszenia, doprawdy zasługujące na życzliwszą wzmiankę. Nie sądzę też, żeby „dziki kapitalizm” był zgubny dla kultury wyższej niż telenowela. Ku mojej radości taką właśnie, świadomie prowokacyjną tezę: „Trzeba być silnym, żeby robić delikatne rzeczy” ogłosił niedawno Andrzej Jakimowski, autor filmów Zmruż oczySztuczki.

Gdybym nie doczytał książki Wojciechowskiego do końca, pozostałbym przy wrażeniu, że poruszanie się po grzęzawiskach nowej technologii informacyjnej i masowej produkcji kulturalnej lub parakulturalnej wymaga większej znajomości rzeczy i staranniejszych diagnoz. Dopiero w ostatnim rozdziale pokazał on prawdziwą kompetencję: opisał spotkanie z konkretnym człowiekiem i oddał mu hołd. Fragmenty poświęcone księdzu Pasierbowi, poruszające zdania o nostalgii i pochwała czasu cyklicznego przynoszą perspektywę, która unieważnia dylematy lepiej lub gorzej sformułowane w pierwszych partiach książki. Jej konstrukcja nie jest, rzecz jasna, przypadkowa, a jej najważniejsze, porządkujące słowa brzmią: czas i mit. Najpierw autor boryka się z czasem historii i postępu technologicznego. To jest czas linearny, dla mitu niebezpieczny, jeśli nie zgubny. Kiedy już zrozumiemy, że mit zdegradowany korumpuje kulturę, otwiera się przed nami wizja kolistego czasu kosmosu, natury i mitu – czasu, w którego cyklach mit ma moc odnawiania się i odnawiania nas samych.




1 Piotr Wojciechowski, Café Navarra, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2007




 <– Spis treści numeru