PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 74

Ferdynand Barbasiewicz

Anioł na pergoli


Na temat rzeźby Anioła, strzegącego wejścia do podkowiańskiego kościoła-ogrodu, istnieją różne opowieści. Z pewnością i dawni mieszkańcy mieliby kłopot z ustaleniem, kto wykonał tę rzeźbę i kiedy to było. Ponieważ tak się składa, że dokładnie pamiętam te czasy, a co więcej, osobiście znałem artystę rzeźbiarza, przypomnę fakty i okoliczności powstania Anioła.

Jego historia wiąże się z Karolinem, gdzie obecnie ma siedzibę zespół „Mazowsze”. Karolin pobudowano na początku XX wieku, to było znane sanatorium dla nerwowo chorych. W dwudziestoleciu międzywojennym organizowano tam często festyny, zabawy, imprezy, na które zjeżdżało ekadką dużo ludzi. W czasie okupacji Wehrmacht urządził tu składy amunicji. Zarówno w samym Karolinie, jak i wokół niego, w promieniu 2–3 km wykopane zostały bunkry i zwożono tu z Brwinowa amunicję – polnymi drogami, mimo że była całkiem niezła droga gruntowa utwardzona. Niemcy nią nie jeździli, bo bali się, że wywiad radziecki ma tu swoich agentów. Jeździli między Brwinowem, Ołdakówką, Podkową Leśną do Otrębus. Wieziono tę amunicję w rejon Karolina terenowymi samochodami wojskowymi. W bunkrach, o wymiarach 8x8 m, składowano różnego rodzaju broń, amunicję, urządzenia wojskowe.

W Karolinie rządził tym Wehrmacht, tu była siedziba jednostki i tu, o czym trzeba przypomnieć, działała zorganizowana przez porucznika Henryka Walickiego jednostka Armii Krajowej (kompania „Brzezinka”), do której należały: Podkowa Leśna, Brwinów, Otrębusy, Nadarzyn. Jej zadaniem było zdobywanie tej broni, materiałów wybuchowych dla naszej AK.

Mój ojciec, Władysław Barbasiewicz miał nieopodal Karolina gospodarstwo ogrodnicze i tylko dlatego, że prowadził ogrodnictwo, nie został wysiedlony z tego rejonu. Natomiast Wehrmacht zabierał wszystkie warzywa, rośliny, a także tytoń. I z tym tytoniem łączy się nazwisko Dittwald.

Rodzina Dittwaldów zamieszkała w Karolinie w czasie wojny. To było małżeństwo z trojgiem dzieci w wieku kilkunastu lat. Najstarsza córka miała na imię Marysia, młodszy syn – Janusz i najmłodszy – Tadeusz (wydaje mi się, że tak miał też na imię ojciec, choć nie mam pewności). Niemcy uważali go za Niemca, perfekt znał niemiecki, a i nazwisko miał twarde, niemieckie. W dworku, obok pałacu przetrwał z rodziną całą okupację. Wiem, że handlował tytoniem kupowanym od mojego ojca. Miał jakieś munsztuki, kroił ten tytoń, ładował i sprzedawał. Cała rodzina była w to zaangażowana, po prostu z tego żyli. Dittwald wywoził towar i sprzedawał w Warszawie. Niemcy wiedzieli o tym, ale traktowali go jak Niemca, chociaż wszyscy członkowie rodziny odznaczali się cechami semickimi. Jakoś w tych warunkach, obok Wehrmachtu świetnie się asymilowali. Myśmy się przyjaźnili, bo bardzo blisko mieszkaliśmy, jako małe dzieci bawiliśmy się razem. I ten człowiek przetrwał wojnę z całą rodziną. Po wojnie, jako wotum wdzięczności za ocalenie pan Dittwald podjął się wykonania rzeźby Anioła w podkowiańskim kościele. W 1945 roku proboszczem był ksiądz Bronisław Kolasiński, a wikariuszem (z doktoratem) – ksiądz Franciszek Barański. Moim zdaniem projektantem Anioła mógł być ksiądz Kolasiński, obdarzony talentem plastycznym. Ściana zbudowanej podczas wojny pergoli aż się prosiła o wypełnienie, zwieńczenie. Możliwe, że wspólnie ustalono projekt, a śmierć księdza Kolasińskiego w październiku 1945 roku przerwała uzgodnienia i Dittwald rzeźbił Anioła za zgodą księdza Franciszka Barańskiego.

Dokładnie mam postać rzeźbiarza amatora przed oczami – pracował późną jesienią 1945 roku, a może i wczesną wiosną 1946. Widziałem go na rusztowaniu, jak dłutem czy innym narzędziem wykuwał tego anioła w piaskowcu na ścianie. Wielu ludzi to widziało, ja uczęszczałem tamtędy do szkoły przy ulicy Błońskiej, chodziłem również od kolejki na zbiórki harcerskie do naszego „Pustelnika”. Widywałem go przy pracy i wołałem: – Dzień dobry, panie Dittwald! – i on mnie poznawał. Pamiętam, jak rękę podnosił do góry, miał długie rękawice do łokci, które go osłaniały, a na sobie długi płaszcz z brezentu, obsypany kamiennym pyłem. Nie wiem, kto sprowadził piaskowiec, kto go mocował, skąd materiał na rzeźbę. Gdy zobaczyłem go pierwszy raz, kamień był już przymocowany do ściany od strony głównego wejścia. Zresztą nie tylko ja widziałem Dittwalda. Kazio Gierżod, który grał w kościele na organach i prowadził chór, też go pewnie widział. Za księdza Barańskiego służyłem do mszy w podkowiańskim kościele, który był wówczas taki maleńki, zanim został rozbudowany w latach osiemdziesiątych.

Po wojnie rodzina Dittwalda wyprowadziła się z Karolina do Warszawy i zamieszkała w zniszczonym narożnym domu przy Książęcej i Rozbrat. Odwiedzałem ich parę razy, zwłaszcza gdy niedaleko odgruzowywałem w czynie społecznym ten teren, czyli okolice Książęcej. Nic nie mogę powiedzieć o jego dalszych losach. Wiem jeszcze, że najmłodszy syn Tadeusz pracował w banku w Warszawie.

Moja rodzina podejrzewała, że pan Dittwald był Niemcem pochodzenia żydowskiego. Nic dziwnego, że podjął się wykonania rzeźby z wdzięczności za przetrwanie tego czasu, tak okrutnego dla obu narodów, na naszych ziemiach.

Czy ten Anioł ma imię? Niektórzy twierdzą, że to miał być Michał Archanioł. Tej kwestii nie potrafię rozstrzygnąć, nic mi o tym nie wiadomo. Zgadzam się z panią, że jest to ciekawa zagadka, jeszcze do rozwiązania…

 

Wysłuchała Grażyna Zabłocka




PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY  —> spis treści numeru