PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 68

Witold Bartoszewicz

Notatki


Dwie są słynne triady: wiara, nadzieja, miłość i piękno, prawda, dobro. Oznajmiono nam, że w pierwszej triadzie prymat przysługuje miłości, a co do prymatu w drugiej zgody nie ma. Ja przychylałbym się ku prawdzie.
W jaki sposób one istnieją? O ile wiara wraz z pozostałymi dwiema rządzą emocjami i kształtują postawy (w innym języku: są porywami serca), o tyle druga triada odnosi się do umysłu. Choć twierdzi się też inaczej, ja zgodny jestem z tymi, którzy utrzymują, że ani piękno, ani dobro, ani prawda nie istnieją bez doświadczającego ich umysłu estetycznego, moralnego i rozumnego. To, że umysł ich doświadcza, nie oznacza wyłącznie biernej konstatacji („o, piękna jest ta chwila”, „prawdziwie stary prawi”). Stoją one przed nami jako zadanie i wskazują cel.

Czy mamy do kompletu trzecią triadę? Wydaje się, że, przynajmniej w świecie idei, nie. A w świecie osób przychodzą nam do głowy znowu dwie. Obok pierwszej, najoczywistszej (Trzy Osoby), pojawiają się pospolite acz emblematyczne postaci Greczyna, Żyda i Rzymianina.
Oni stworzyli podstawy naszej cywilizacji, z krzywdą dla Greków zwanej judeochrześcijańską. O hołd dla greckiego antyku nawet nie wypada się upominać, ale starożytność hebrajska jest chyba jeszcze bardziej zapomniana. Obie te starożytne tradycje przemawiają do nas omszałymi językami, których słowa tak są ciężkie od wieloznaczeń, że dziedzicząc po nich, mało pojmujemy. Spotkały się w pierwszym w dziejach poważnym przedsięwzięciu translatorskim. Było to tłumaczenie Starego Testamentu z hebrajskiego i aramejskiego na grekę, sfinansowane przez Ptolemeusza II z Aleksandrii w III i II wieku przed naszą erą. Cywilizacja rzymska pojawia się tu okazjonalnie – nazwa dzieła pochodzi z łaciny. Septuaginta oznacza liczbę LXX – siedemdziesiąt (tylu tłumaczy, mówią, a może i siedemdziesięciu dwóch, pracowało nad przekładem).
Do Pięcioksięgu stopniowo dodawano inne księgi biblijne, także te, których nie trzeba było tłumaczyć, bo powstały od razu po grecku, np. Księga Mądrości i cztery Księgi Machabejskie. Po grecku pisali też Ewangeliści, z wyjątkiem Mateusza celnika, poborcy opłat dla Rzymian, który posługiwał się hebrajskim lub aramejskim. Ale oryginał nie przetrwał – mamy dostęp tylko do greckiego przekładu.

A ten trzeci, Rzymianin? Jest kilka imponujących rzymskich kolumn, na których wspiera się nasza budowla, nie o nich jednak myślę, tylko o popękanej, krzywej i wątpliwej. To prefekt Judei, Poncjusz Piłat i jego słowa: quid est veritas? Patron niedowiarków i inspiracja dla filozofów.
Choć wszyscy ludzie i wszelkie ludy szukają prawdy, to już zastanawianie się nad jej problematycznością nie jest kulturowym powszechnikiem. Tylko w naszej cywilizacji pytanie Piłata ma wysoki impact factor. Odpowiada się na nie rozmaicie, a i prób kategoryzacji odpowiedzi jest pod dostatkiem. Na przykład taka:

1. w sensie metafizycznym prawda jest atrybutem bytu, a może nawet jest z bytem tożsama (Verum est id, quod Est). Wyłania się z bytu, a zadaniem człowieka jest ją przyjąć. Nie wszyscy potrafią zdjąć zasłonę pozoru. Tylko Oświeceni lub ci, którzy pójdą ich śladem. O takiej prawdzie mówił rozmówca Piłata, a Piłat, nie pojmując jej, miał prawo do sceptycznego pytania.
2. W sensie poznawczym – jest cechą relacji między rzeczą a umysłem (adequatio intellectus et rei). Dążyć do prawdy to tyle, co ustalać odpowiedniość pomiędzy rzeczywistością a sądami o niej. Żeby uzgodnić przedmiot z podmiotem, trzeba zbadać obie strony relacji. Poznanie rzeczywistości – owszem, ale jest jeszcze drugi przedmiot dociekań: poznający umysł. Jakie są kryteria skutecznego poznania? Pod jakimi warunkami jesteśmy skłonni uznać prawdziwość sądu, a kiedy umysł błądzi?
3. W sensie formalnym V jest pewną cechą relacji między słowami. Jeśli nie znajdziemy sprzeczności, to dobrze. Kłopot zaczyna się, gdy analizowane pod tym kątem słowa należą do różnych języków (nie chodzi o języki etniczne, lecz o różne klasy języków: jak wtedy, gdy kłamca oświadczy „kłamię”).
4. A w sensie pragmatycznym: jeśli to, co mniemam, tak rządzi moimi działaniami, że są one skuteczne, znam prawdę. Tam, gdzie stosuje się pragmatyczne kryterium prawdy, prawdomówność nie jest cnotą szczególnie cenioną, a paradoks kłamcy nikomu nie spędza snu z powiek.

Przytoczone wyliczenie to nie tylko abstrakcyjna próba uporządkowania różnych koncepcji. Tak właśnie wielorako stosunek do prawdy przejawia się w życiu. Nie tylko koncepcji mamy bez liku, ale także wiele jest, rzec można, praktyk werystycznych. Nieraz występują one obok siebie i tylko w tym sensie możemy mówić o „wielości prawd”.
Ciekawy casus prawdy w epoce internetu przedstawiła dziś Joanna Bator w „Gazecie Wyborczej” (24 XI 2012). Stwierdziwszy rozpowszechniony za sprawą Wikipedii błąd w swojej dacie urodzenia, podjęła próbę korekty. Okazało się to niemożliwe. No bo jak udowodnić, że to ona? I że data, jaką podaje, jest prawdziwa? Czy jest jakiś link, który by to poświadczył? Znalazła się w kropce. Gdzie jest link do prawdy? – pyta (jak by to było po łacinie?). Nie minęło czasu wiele... Sprawdziłem wieczorem – widzę hasło poprawione. Mamy link! Jest prawidłowa data, a przy niej odsyłacz do „Gazety” z tego samego dnia.
To jednak nie jest pełny happy end, bo w wielu innych miejscach błąd pozostał i długo jeszcze, pewnie i do końca internetu, pozostanie. Prawdę mówiąc, nic w tym nadzwyczajnego. Zobaczyliśmy tu typowy przykład dochodzenia do prawdy, które w dużej mierze polega na szukaniu i weryfikacji źródeł, nigdy jednak nie pozwalając na ogłoszenie ostatecznego zwycięstwa. Błąd i fałsz tak łatwo się nie poddają i trwają nienaruszone w repozytoriach ludzkiej wiedzy, czy to w zakamarkach internetu, czy na zakurzonych półkach bibliotek.

O pewnych zjawiskach i zdarzeniach nie możemy wypowiadać się jednoznacznie i z pełnym przekonaniem, z powodów, które leżą w ich naturze. Są to zjawiska losowe, w części albo całkowicie indeterministyczne. Bądź tak złożone lub tak liczne, że da się je obserwować i mierzyć tylko fragmentarycznie. Bywa, że możemy wskazać reguły rządzące zbiorowościami i potrafimy przewidzieć ich zachowanie, ale jednostki, z których się składają, swobodnie sobie żeglują po Oceanie Przypadkowym.
Choć impuls pochodził z zamiłowania do gier losowych i hazardu – co nieco zszargało ich opinię – to odkąd (stosunkowo niedawno) pojawiły się rachunek prawdopodobieństwa i metody statystyczne, nauka i technologia znaczne przyśpieszyły. Wielkie są zasługi probabilistyki dla sukcesu cywilizacyjnego Zachodu. Nie obyło się przy tym bez kosztów: jednym z nich jest kolejne skomplikowanie pytania o prawdę.
Dla zwykłego człowieka tego już za wiele. Umysł ludzki nie jest dostosowany do posługiwania się rachunkiem prawdopodobieństwa. Badania (zupełnie niedawne) intuicji probabilistycznych i wnioskowania statystycznego pokazały, że większość ludzi błędnie rozwiązuje zupełnie proste zadania z tego zakresu. Potoczna obserwacja wydaje się potwierdzać wyniki laboratoryjne. Rzecz nie polega na elementarnych brakach w wykształceniu. To intuicja prowadzi na manowce. Jak to możliwe? Czyżby ewolucja czegoś nie dopatrzyła?

Myślę, że podstawowa trudność tkwi w instynktownej niezgodzie na losowość jako taką. Założenie o niezależności zdarzeń elementarnych (np. kolejnych rzutów kostką) jest zbyt abstrakcyjne i wprost się je odrzuca jako absurdalne („jak to, skoro w dziesięciu rzutach nie było szóstki, to w jedenastym być musi!”).
Zdania typu: prawdopodobieństwo, że odkryty w próbie związek jest dziełem przypadku, wynosi 5% nie satysfakcjonują publiczności. Umysł estetyczny i etyczny nie lubią kompromisów.
Na wstępie przyznałem prawdzie prymat nad pięknem i dobrem. Teraz przyznać muszę, że nieraz ulega ich dyktatowi. Prawda statystyczna (a wiele z tego, co możemy o świecie sensownie powiedzieć, ma taki właśnie charakter) nie spełnia kryteriów piękna. Przynależy szarej strefie pomiędzy, jest – mówiąc bez osłonek – dość pokraczna i trudno ją wyrazić inaczej niż brzydkim, technicznym językiem. Jest zanieczyszczona przez przypadek, a to obraża potrzebę ładu. Nieład i niepewność są też wadliwe moralnie. Wszak powiedziane jest: „mowa wasza niech będzie: Tak, tak; nie, nie; a co więcej nadto jest, to od złego jest”.




PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY  —> spis treśœci numeru