PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 58-59

Ewa Matuszewska

GÓROLE, GÓROLE, GÓRALSKO MUZYKA...

 [ Zobacz zdjęcia ]


...cały świat obyjdzies, ni ma takiej nika – gdy pod Giewontem rozlegną się donośnie i rozgłośnie słowa tej śpiewki, niechybny to znak, że oto rozpoczyna się kolejny Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich.

Przez kilka końcowych dni sierpnia Zakopane corocznie staje się europejską stolicą folkloru. Na Dolnej Równi Krupowej, w cyrkowym namiocie, można podziwiać żywiołowość zespołów z Kaukazu, majestatyczne korowody górali z Bałkanów czy porywającego zbójnickiego rodem z Podhala.

Na Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich, już od czterdziestu lat odbywający się pod Giewontem, można spoglądać z różnych punktów widzenia, w zależności od tego, kim się jest lub kogo się reprezentuje. Inaczej patrzą organizatorzy, Biuro Promocji Zakopanego i Urząd Miasta, inaczej członkowie występujących zespołów, a jeszcze inaczej widzowie, od lat wiernie towarzyszący festiwalowi.

Gdy na początku lat 60. Krystyna Słobodzińska, nazywana „jednoosobowym referatem kultury” w Miejskiej Radzie Narodowej, wymyśliła cykl wrześniowych imprez, mających przedłużyć letni sezon pod Tatrami, z pewnością nie wyobrażała sobie, w jak niezwykłe wydarzenie folklorystyczne przekształci się jedna z wielu imprez Tatrzańskiej Jesieni.

Imprezą tą był Festiwal Zespołów Regionalnych Ziem Górskich, który w roku 1968 uzyskał rangę międzynarodową i jako Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich z czasem dorobił się renomy jednego z najlepszych festiwali tego rodzaju na świecie.

Dla Zakopanego i Podhala jest z pewnością najważniejszą imprezą w roku. W dużej mierze dzięki niej folklor w tym regionie wciąż ma się zadziwiająco dobrze. Złota Ciupaga, główna nagroda konkursowa, dla zespołu który ją zdobędzie, jest ukoronowaniem wieloletnich nieraz przygotowań i przepustką do pierwszej ligi folklorystycznej. Toteż biorąc to wszystko po uwagę, zdumienie musi budzić sposób, w jaki festiwale – od pierwszego do czterdziestego – były organizowane. Mimo że za PRL-u sztuka ludowa była hołubiona i państwo objęło ją mecenatem totalnym, zakopiański festiwal zawsze borykał się z trudnościami finansowymi i lokalowymi. Cyrkowy namiot ustawiany początkowo pod skocznią, po halnym w roku 1976, który przed koncertem finałowym zniszczył namiot, na kolejne festiwale został prowizorycznie, do czasu wybudowania w Zakopanem odpowiedniej sali widowiskowej, przeniesiony na Dolną Rówień Krupową. I tak ta prowizorka trwa do dziś. Kolejni dyrektorzy festiwalu z drżeniem serca śledzą długoterminowe prognozy pogody, kolejni włodarze miasta obiecują budowę hali wielofunkcyjnej, a nie zrażona niczym festiwalowa publiczność podczas upałów oblewa się strugami potu albo przy sierpniowych ulewach dzielnie pokonuje kałuże, broniące dostępu do namiotu. Do tego doszła jeszcze zmiana systemu polityczno-gospodarczego po roku 1989 i obecnie organizatorzy niemal całą swą energię i pomysłowość skupiają na poszukiwaniach sponsorów.

Szczypta szczęścia, odrobina szaleństwa i bardzo dużo miłości

Na szczęście dla organizatorów, władz, a przede wszystkim dla publiczności, festiwal zakopiański ma niezwykły dar przyciągania ludzi obdarzonych pasją, umiejętnościami organizacyjnymi graniczącymi z cudem i - co najważniejsze – kochających te spotkania ludzi gór pod Giewontem. Pierwsza dyrektorka festiwalu, wspomniana już Krystyna Słobodzińska, jej współpracowniczka i następczyni Danuta Rejdych oraz Elżbieta Chodurska, która objęła dyrekcję w przełomowym momencie, bo w roku 1990, stworzyły zespół ludzi, niewielki, ale pracujący w najtrudniejszych warunkach z pełnym zaangażowaniem. Jak mawiała Krystyna Słobodzińska, na czas festiwalu trzeba było zapomnieć o domu i rodzinie, być przygotowanym na wszystko i umieć podejmować błyskawiczne decyzje. Nie wszyscy wytrzymywali taki styl pracy, ale ci, którzy trwali i trwają przy festiwalu, są zgranym zespołem, zaprawionym w bojach z najróżniejszymi przeciwnościami, stwarzanymi przez nie zawsze życzliwych ludzi i okoliczności. A trzeba przyznać, że przeciwników festiwalowi nie brakowało. Wystarczy przypomnieć początek lat osiemdziesiątych, kiedy to zakopiańska Solidarność zaprotestowała przeciw „igrzyskom”. Bo przecież miasto ma tyle innych, przyziemnych potrzeb, takich jak dziurawe jezdnie i wyboiste chodniki. Widocznie jednak zwyciężył zdrowy rozsądek, festiwal się odbył, a Solidarność ufundowała jedną z nagród.

Kolejne zagrożenie przyszło z najmniej oczekiwanej strony – z grona międzynarodowych jurorów, reprezentujących kraje zachodnie, gdzie na ogół z autentycznym folklorem było nie najlepiej. Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem od początku miał formułę konkursu, w której zespoły oceniali specjaliści z różnych dziedzin związanych z folklorem – etnografowie, etnomuzykolodzy, choreografowie czy muzykolodzy. Przewodniczącym jury przez wiele lat był wybitny uczony, profesor Roman Reinfuss. Konsekwentnie bronił idei konkursu, uznając że to właśnie ona stanowi o niepowtarzalności i wysokiej randze festiwalu. Jego oponenci zamiast konkursu woleli przegląd, w którym liczą się elementy widowiskowe, a nie merytoryczne wartości programu. Toteż zdarzało się, że w Zakopanem pojawiał się zespół „górali” z Ghany albo zespoły z Chin czy z Korei, z góralszczyzną niewiele mające wspólnego, choć prezentujące bardzo atrakcyjne programy. Ale profesor Reinfuss był nieugięty – takie zespoły mogą w ostateczności wystąpić gościnnie, jednak festiwal ma prezentować folklor góralski, autentyczny bądź w formie artystycznie przetworzonej. I tak jest do dziś, mimo że zabrakło profesora Reinussa. Obecny przewodniczący jury, profesor Alojzy Kopoczek, broni czystości stylistycznej festiwalu w sposób łagodny, acz nieustępliwy.

Między folklorem a folkiem

Gdy w roku 1935 odbywało się w Zakopanem pierwsze Święto Gór, w pewnym sensie protoplasta zakopiańskiego festiwalu, był to „widomy znak łączności całej góralszczyzny od Śląska aż do Rumunii”. O tym, jak ważne było to spotkanie polskich górali, świadczy obecność najwyższych władz państwowych, z prezydentem Ignacym Mościckim na czele. Powojenne spotkania górali, już międzynarodowe, nie doczekały się wizyt tak dostojnych gości. Folklor miał odgrywać istotną rolę propagandową, ale traktowany był jako zjawisko z gatunku „wieś tańczy i śpiewa”. Nad tym, jak ważny jest w kształtowaniu tożsamości narodowej i budowaniu wspólnoty, ówcześni decydenci raczej się nie zastanawiali.

Zwłaszcza nad fenomenem, jakim jest wciąż autentyczny, mimo ciągot komercyjnych, folklor na Podhalu. Siła góralszczyzny, szczególnie muzyki, jest zjawiskiem niezwykłym, niespotykanym w innych regionach Polski. Nic więc dziwnego, że sile tej nie oparli się twórcy tej miary co Karol Szymanowski, Henryk Mikołaj Górecki czy Wojciech Kilar.

Ale też tak zwana muzyka młodzieżowa w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku w pełni czerpała z muzycznego skarbca Podhala. Najciekawszym i najambitniejszym zespołem inspirującym się góralszczyzną byli Skaldowie, mający zresztą góralskie powiązania rodzinne. Nie mogło więc ich zabraknąć w koncercie „Na folkową nutę” 40. Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Odmienną muzykę na tym samym koncercie zagrał rodzinny zespół Trebunie Tutki z Białego Dunajca. Lider zespołu, Krzysztof Trebunia Tutka, swe zafascynowanie i uzależnienie od rodzimej, podhalańskiej kultury określa jako „opętanie nowoczesnością, spętanie tradycją” . Krzysztof w swych poszukiwaniach odważnie wkracza w rejony tak odległe kulturowo i muzycznie jak choćby jamajskie reagge. Na koncercie jubileuszowym Trebunie jednak najpierw zagrali zgodnie z kanonem podhalańskim, pięknie i w starym stylu, jakby chcąc udowodnić krytykom ich poczynań, że nie zapomnieli, skąd się wywodzą. Dopiero w drugiej części występu przedstawili utwory z najnowszej płyty„Songs of Glory”, nagranej po wielu latach przerwy ponownie z zespołem Twinkle Brothers, całkowicie odmienne od dotychczasowej twórczości.

Czy folk zastąpi folklor? Czy raczej będą się korzystnie uzupełniać i nawzajem promować? Jeśli tak właśnie się stanie, Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich będzie miał w tym znaczący udział. Oczywiście pod warunkiem, że przetrwa. A to nie powinno budzić wątpliwości. Bo mimo wszystkich perturbacji, zawirowań personalnych i dyskusji na temat sensu organizowania festiwalu, on wciąż trwa. A trwa, bo jest potrzebny – Zakopanemu, Podhalu i polskiej kulturze.


 <– Spis treści numeru