PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 56-57

Joanna Trzeciak-Walc

Opuszczone miejsca



Chcę zacząć od przypomnienia, że możliwość prezentowania tej książki sprawia mi ogromną przyjemność z kilku powodów: autorkę znam, podobnie jak część z Państwa, od lat, tematyka jej książki w jakim sensie dotyka też mojego życia. I za podjęcie tej tematyki chciałabym jak najserdeczniej Joannie podziękować. Wiemy, że borykała się długo z zebranym materiałem, efekt możemy ocenić sami.

Należę do pokolenia, które w Wydarzenia Marcowe zaangażowane było bezpośrednio – nie chodzi tylko o mniej czy bardziej udokumentowany czynny udział w studenckich manifestacjach czy strajkach – w jakimś sensie wszyscy doświadczyliśmy wówczas represji określających kształt naszych późniejszych losów. Oczywiście w największej mierze dotyczy to bohaterów książki Życie przecięte Joanny Wiszniewicz. Przeprowadzone przez nią rozmowy na temat dzieciństwa i dorastania w Polsce unaoczniły mi fakt zupełnie nowy: otóż okazuje się, że żyliśmy obok siebie, bawiliśmy się na tych samych podwórkach, czytaliśmy te same książki, chodziliśmy często do tej samej szkoły – a nie wiedzieliśmy nic o sobie, żyliśmy w różnych światach.

W wielu relacjach z czasów II Rzeczpospolitej powracają wspomnienia sąsiadów mówiących w domu po żydowsku czy po ukraińsku, zachowujących odmienne obyczaje, celebrujących po swojemu w innych terminach inne święta. Pokolenia powojenne już tego nie doświadczyły. Urodziliśmy się w państwie jednolitym narodowościowo, przez wiele lat pozornie jednolitym narodowo, ideologicznie i obyczajowo. Taka była oficjalna ideologia i nieroztropnie a nawet niebezpiecznie było z nią polemizować.

Moje doświadczenie jest trochę odmienne – nie urodziłam się i nie wychowałam w Warszawie ani w Podkowie. Pochodzę z Białegostoku, moi rodzice zatrzymali się na pierwszej stacji za granicą i natychmiast wysiedli z pociągu wiozącego ich z Grodna „do Polski”. Wysiedli od razu, jak tylko pociąg stanął, żeby „w razie czego” było bliżej do domu.

Dzieciństwo upłynęło mi wśród rówieśników mówiących mieszaniną polskiego i białoruskiego, miałam nianię Ukrainkę, a w szkole siedziałam w jednej ławce z Tatarką. Religijnie też byliśmy przemieszani – adwentyści np. nie przychodzili do szkoły w sobotę, co zawsze uważaliśmy za niesprawiedliwe. Tatarzy bywali albo katolikami, albo – częściej – muzułmanami. Prawosławni znajomi moich rodziców przychodzili do nas na święta, a dwa tygodnie później my szliśmy do nich na takie same Wigilie, kutie, paschy, karpie czy makowce. Podobnie było z ewangelikami, ale ich jeszcze trudniej było rozpoznać, bo właściwie niczym się nie różnili, tylko zamiast do kościoła czy cerkwi chodzili do „kirchy”. Tam nie lubiłam zaglądać, bo było jakoś ubogo, surowo. Nie ciekawego. Za to w cerkwi zawsze było co podziwiać: bogato, złoto, kadzidlanie; śpiewy gregoriańskie do dziś mnie poruszają. Jako dziewczynka marzyłam o ślubie z carską koroną, a takie są tylko w cerkwi.

Nie było tylko Żydów. Choć kiedyś, na początku podstawówki, na boisku dowiedziałam się od kogoś, że Józio Petrycer z IVa jest Żydem. Od razu poleciałam zobaczyć, jak wygląda – był w końcu ostatnim przedstawicielem umarłego, nieistniejącego świata. To wiadomość mniej więcej tak elektryzująca, jakby pojawił się na naszym boisku np. Asyryjczyk czy Inka. No i nic z tego: wyglądał zwyczajnie, jak my wszyscy, uszy miał odstające całkiem jak Rysiek Guryn. I tyle.

Nigdy więcej nie słyszałam ani nie widziałam nikogo, kto mógłby być Żydem, bo Żydzi nie istnieli. Aż do marca 1968 roku. Wtedy z dnia na dzień okazało się, że nasi koledzy, z którymi razem czytaliśmy Bogurodzicę, analizowaliśmy Paska i podziwialiśmy Słowackiego nagle zostali Żydami! Nie rozumiałam wówczas, jakie to ma znaczenie, bo dystans, żeby nie powiedzieć pogarda, z jaką przyjmowaliśmy odgórne wytyczne najwyższych czynników, nie wpływały przecież na nasz sposób widzenia świata. Niektórzy z kolegów – mianowanych przez jakichś urzędników mocą nakazu politycznego „obcymi” – wyemigrowali. Tak to wówczas nazywaliśmy; może należałoby mówić otwarcie: zostali wyrzuceni z Polski. Bólu, jaki zostawał i prawdopodobnie dotąd w ich sercach zostaje, także nie rozumieliśmy... Spośród moich znajomych nikt wówczas nie wyjeżdżał na Zachód. Stamtąd pochodziły luksusowe towary kupowane przez wybrańców w dewizowych sklepach za dolary, stamtąd przychodziły paczki UNRRA z zaopatrzeniem rozsyłanym czasem na obozy młodzieżowe, stamtąd dalecy kuzyni przysyłali paczki z ciuchami albo słodyczami. Zachód jako taki był nieznany, niedostępny, jego obraz niewiele miał wspólnego z realiami, ale wiedzieliśmy, że jest tam inaczej, a najprawdopodobniej bogato. Dzisiaj tysiące Polaków pracuje za granicą – zakładają rodziny, kupują domy, szukają dla siebie lepszej przyszłości. Nie ma w ich decyzjach niczego tak dramatycznego, mają europejskie paszporty, mogą wybierać.

Trzeba tu przypomnieć, że aż do 1989 roku emigranci marcowi nie mieli prawa przyjeżdżać do Polski. Traktowano ich jak nieustające zagrożenie. Procedura przywracania polskiego obywatelstwa wszystkim wyrzuconym z kraju, choć uruchomiona po wielu latach, wciąż wzbudza emocje. (Po obu stronach – niektórzy uważają za obraźliwą procedurę składania podań z prośbą o coś, co zostało bezprawnie odebrane, inni uważają, że przeszłości poprawiać już nie należy). Dziś mamy przed sobą ich relacje o dzieciństwie i dojrzewaniu w Polsce, o życiu na emigracji, o poszukiwaniu nowej tożsamości: żydowskiej, amerykańskiej, europejskiej. Czasem kulawej tożsamości polskiego emigranta. Niektóre relacje przesączone są bolesną tęsknotą, poczuciem krzywdy i niezasłużonego odrzucenia. Odrzucenie zawsze boleśnie zaskakuje. Opuszczone przez nas miejsca natychmiast zajmują inni, a my chcielibyśmy, żeby czekały tak długo, jak długo trwa nasza tęsknota za nimi.

Znowu będę mówiła o sobie, bo prawdopodobnie jak każdemu z nas przychodzi mi to najłatwiej.

Miałam w dzieciństwie ukochanego misia. Któregoś dnia moi rodzice bardzo sprawnie zorganizowali przeprowadzkę do innego mieszkania. Rano poszłam do szkoły – byłam w pierwszej klasie – o niczym nie wiedząc, a po południu już mieszkaliśmy pod nowym adresem. Było wspaniale, mieszkanie było piękne, wszystkie rzeczy miały nowe miejsca, tylko okazało się, że dorośli nie zapakowali mojego misia. Nie mogłam spać, wiedziałam, że on też za mną tęskni. Bałam się, że coś mu się stało, że gdzieś się poniewiera. Przez prawie rok marudziłam, żeby ktoś mi pomógł go szukać. W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam sama, nikomu nic nie mówiąc. Stałam na drżących nogach pod naszymi (wciąż naszymi przecież!) drzwiami, pukałam najpierw cicho, potem coraz głośniej, w końcu otworzyła jakaś obca kobieta:

– Czego tu? – prawie krzyknęła. Starałam się być najgrzeczniejsza, jak umiałam, dygnęłam i nieśmiało poprosiłam o zwrot mojego misia: – Na pewno tu jest. Taki niebieski. Przecież on pani nie jest potrzebny, ja nie będę przeszkadzać, tylko go zabiorę i sobie pójdę.

Kobieta patrzyła na mnie nic nierozumiejącymi oczami, więc ja jeszcze raz wszystko od początku, że mieszkaliśmy tutaj, że ja na chwilkę, tylko go zabiorę i pójdę.

W końcu powiedziała: – Nie ma. Nic takiego tu nie ma.

Ale ja byłam tak blisko celu, że nie dałam się łatwo spławić: – Ależ jest, na pewno jest, jak mnie pani wpuści, to go sama znajdę.

No i tego było za wiele: – Ty przyłazisz tu i jeszcze chcesz grzebać w moich rzeczach?! – wyrzuciła mnie i trzasnęła drzwiami.

Nigdy więcej tam nie byłam. Poczucia krzywdy i upokorzenia nie zapomniałam, choć minęło ponad pół wieku. Czy jeszcze jej nienawidzę? Nie wiem. Mam żal.



Tekst wygłoszony na promocji książki Joanny Wiszniewicz Życie przecięte. Opowieści pokolenia marca. Impreza odbyła się 10 maja w bibliotece publicznej Podkowie Leśnej.




 <– Spis treści numeru