PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 54-55

O Festiwalu Otwarte Ogrody

List do redakcji



Chciałem podzielić się kilkoma refleksjami, które nasunęły mi się po tych pięknych, choć chłodnych wrześniowych dniach.

W Brwinowie, Milanówku i Podkowie Leśnej zorganizowano dziesiątki wielorakich interesujących imprez, odbywających się zarówno w ogrodach mieszkańców naszych miast, jak i w „przestrzeniach ogólnodostępnych” na co dzień. Zakres olbrzymi – każdy mógł znaleźć dla siebie co najmniej kilkanaście wydarzeń, odpowiadających zainteresowaniom własnym czy też indywidualnym kryteriom wyboru. Lektura i analiza programu OGRODÓW były czynnościami stresogennymi, pierwotny wybór za chwilę ulegał zmianie, nanoszone były nowe „ptaki” przy aktualnie wybranych pozycjach, nazajutrz obraz selekcji był jeszcze inny. Program w przededniu OGRODÓW wyglądał jak pokreślony brudnopis z kolorowymi znaczkami, zakreśleniami, uwagami – była to, jak sądzę, jedna z najczęściej czytanych w tych dniach pozycji drukowanych.

Stanowi to wynik przyłączania się do DNI DZIEDZICTWA coraz to większej liczby uczestników-organizatorów. Impreza w widoczny sposób się rozrasta – to pierwsza refleksja.

Ale dokonany ostatecznie wybór miał małą szansę realizacji. Nie da się przecież wpaść do wybranego ogrodu na przysłowiowe pięć minut. Człowiek ulega atmosferze stworzonej przez organizatorów, spotyka przyjaciół, porozmawia, wypije kawkę, odnowi znajomości. Po czym patrzy z przerażeniem na zegarek i... biegiem na następną imprezę. Podkowa przypominała w te dni skrzyżowanie ruchliwych ulic. Mijając się na ulicach, wymienialiśmy szybkie zdania i uwagi o odbytej właśnie imprezie, o planach na najbliższą chwilę, rekomendowaliśmy swój wybór, umawialiśmy się gdzieś za godzinę, na popołudnie, na jutro. Słowem – miasto żyło radośnie, a mieszkańcy mieli sobie wiele rzeczy do powiedzenia – to refleksja następna.

Nasz własny ogród również został OTWARTY, zatem mój wybór, szczególnie w niedzielę, był ograniczony. Nie udało się odwiedzić wielu miejsc i wziąć udziału w imprezach, na które miało się chęć...

W sobotę, 15 września, odwiedziłem trzy podkowiańskie ogrody.

Pierwszym był OGRÓD ARTYSTYCZNY u Państwa Mirosławy i Andrzeja Ryczerów, a w nim wystawa obrazów i rysunków z podróży po Europie, Kazimierzu Dolnym i Warszawie oraz wystawa fotografii – autorstwa przedstawicieli klanu Ryczerów: Marii, Teresy, Franciszka i Wojciecha; do tego partia krokieta w wydaniu rodzinnym. Wystawione prace, refleksyjnie piękne, wzbudzały żywe zainteresowanie odwiedzających. Dla mnie miłym wzruszeniem był widok Torunia, znam dobrze to malownicze miasto, a widok starówki od strony Wisły z powodzeniem może konkurować z warszawskim Starym Miastem. Na życzenie gości Panna Katarzyna Ryczerówna wykonała na flecie kilka utworów Mozarta. Gościnni gospodarze częstowali domowymi wypiekami – szkoda było opuszczać ten sympatyczny ogród, wręcz zalany przedpołudniowym ciepłym słońcem.

Kolejnym miejscem był OGRÓD LEŚNY Pani Anny Kalinowskiej. W całej rozciągłości zasługuje on na to miano: gęstwina drzew i krzewów, bogate runo z licznymi jeszcze kwiatami – wszystko oplecione wszędobylskimi bluszczami i dławiszami. Tajemnicze cienie i plamy światła od południowego słońca. W takiej scenerii wysłuchaliśmy fragmentów książki Gospodyni: Łaskotani chrabąszcza wąsami i przyrodniczej poezji ks. Jana Twardowskiego – teksty wspaniale czytał Maciej Rayzacher, który wraz z Panią Anną opowiadał później o spotkaniach z ks. Twardowskim. Tłem muzycznym imprezy był „Renesansowy Ogród Miłości” – recital miłosnych madrygałów w wykonaniu zespołu wokalnego POŚRODKU ŻYWOTA. Jakże się chciało dłużej posiedzieć w leśnym ogrodzie i jeść smakowite prawdziwe śliwki węgierki, którymi obficie częstowała Gospodyni.

Ale czas naglił, nasz ogród miała odwiedzić wycieczka. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Przybyła liczna grupa gości, wędrująca po Podkowie w ramach wycieczki tematycznej „Muzeum architektury XX wieku”, którą po starych ogrodach i interesujących architektonicznie domach oprowadzała Pani Barbara Domaradzka.

Tego dnia jeszcze, przed wieczorem pojechaliśmy do OGRODU ZIELONEGO Pani Hanny Gradkowskiej. Bardzo chcieliśmy tam być. Słyszeliśmy wcześniej o pięknym ogrodzie i ciekawych roślinach. Tak też i było. A szczególną moją uwagę zwróciły kępy różowej jeżówki rosnącej nad sporym „okiem” wodnym, pełnym kwitnących śnieżnobiałych nenufarów. Reszta ogrodu również do polecenia. Ileż to pracy trzeba, wielu zabiegów, znawstwa, doświadczeń i cierpliwości – w większości przecież w ramach czystego amatorstwa – by nasze podkowiańskie ogrody stały się tak interesujące i piękne... – to kolejna refleksja.

Wieczór był chłodny i bardzo wietrzny, wręcz zimny – a zaplanowana impreza miała mieć charakter plenerowy. Na szczęście zgasło światło i z plenerów przenieśliśmy się do domu. W jaki sposób Gospodyni w ciągu pięciu minut zaaranżowała we wnętrzu salę koncertową – nie wiadomo. Ale koncert Grzegorza Bukały bez światła elektrycznego (tylko nieliczne świece) i bez nagłośnienia zostanie długo w pamięci. Artysta wykonał autorski recital ballad p.t. „Muzyka w drodze” – świetne teksty, interesująca aranżacja, ciekawa muzyka. Dość wspomnieć, że po występie goście mówili fragmentami tekstów piosenek Pana Grzegorza, np. „jak wchodzisz na pokoje, to uważaj, by nie zostać pokojową”. Dowcipne i na czasie. Tak upłynął dzień pierwszy.

Niedziela od rana budziła niepokój swoją pogodą. Będzie padać czy nie? Będzie wiało i łamało gałęzie drzew jak w sobotę czy też ogrody wypełnione zostaną jedynie niezakłóconą atmosferą imprez? Pytania i niepewność o tyle zasadne, że właśnie w niedzielę przed południem otwierał się nasz ogród, OGRÓD MUZYCZNO-POETYCKI, z przewodnią myślą: „Ludzie gościńca. Wędrowcy, pielgrzymi, tułacze”. Teksty poezji wybrała Anna Foss (Mickiewicz, Norwid, Konopnicka, Wierzyński, Tuwim, Lechoń, Iwaszkiewicz, Skwarnicki i Szymborska), recytowała je – jak zwykle ciepło i pięknie – Joanna Jędryka, a moja żona Jaśmina grała na fortepianie utwory Beethovena, Szymanowskiego, Chopina. Czy pozostało jeszcze w uszach słuchaczy refleksyjne współbrzmienie Tuwimowskiej Pieśni o Jezusie z mazurkiem Szymanowskiego? Może tak...

Muzyce i poezji towarzyszyła mała wystawka naszych domowych pamiątek z wędrówek odbytych po Podhalu i Himalajach.

Na czas spotkania w naszym ogrodzie zrobiło się słonecznie i pięknie, może dlatego, że na wszelki wypadek rozstawiliśmy na tarasie olbrzymi parasol, mający chronić Panią Joannę przed ewentualnym deszczem. Nie był potrzebny.

Goście też nie zawiedli. Wśród nich wyróżniała się zwarta grupa koleżanek i kolegów z ostatnich klas szkoły podstawowej Gospodyni. Nieprawdopodobne – tyle lat wspomnień. Ktoś z odwiedzających napisał w książce pamiątkowej domu: „Muzyka była poezją, a poezja – muzyką...”. To już trzecie OGRODY w naszym ogrodzie. Cieszymy się bardzo z takich odwiedzin.

Jak tylko ostatni goście opuścili nasz ogród, popędziliśmy na spotkanie z OGRODEM MUZYCZNYM i na koncert „Podróże z jazzem”. Śpiewała ślicznie Marzena Grzymała z zespołem, a następnie na fortepianie improwizował Włodzimierz Pawlik. Fenomenalnie! Stare dęby (stoją jak kolumny na całej działce) w zachwycie słuchały występów, którym towarzyszyła wystawa fotograficzna Marka Englisza pt. „Impresje z podróży”. Ten OGRÓD to jedna impresja artystyczna – obraz i dźwięk. A tak na marginesie – ogród Pani Marzeny przez układ architektoniczny domu i ukształtowanie roślinności stanowi naturalną salę koncertową, dziś zapełnioną muzykami i słuchaczami. Było dużo młodych ludzi i rowerów pod płotem. Widać na piechotę nie dałoby się zdążyć na OGRODY, a przygotowanych miejsc do siedzenia nie starczyło dla wszystkich.

Ostatni odwiedzony przez nas ogród to OGRÓD MUZYCZNO-ARTYSTYCZNY Pana Edwarda Ipnarskiego. Występowało wielu artystów muzyków: śpiewaków (wśród nich Elżbieta Ryl-Górska) i instrumentalistów. Mnie niesłychanie zachwycił występ Pani Iwony Jędruch, grającej na specyficznych instrumentach: gongach i misach dźwiękowych. Można sobie wyobrazić śpiewający wielki gong i wtórujące mu mosiężne misy? Chyba można, ale lepiej usłyszeć na żywo.

Przez te dwa dni byłem uczestnikiem sześciu OGRODÓW. I to tylko w Podkowie. Więcej absolutnie się nie dało.

Myślę, że miałem okazję (licząc bardzo pobieżnie) spotkać się z około 450-550 ludźmi, a byłem tylko na sześciu imprezach. Na każdej z nich jedynie czwarta czy piąta część publiczności to byli ludzie, których spotkałem w innych odwiedzanych ogrodach. Reszta (czyli większość) to uczestnicy nowi! I w ogóle mi nieznani. Z jakże zatem szerokich i licznych kręgów rekrutują się uczestnicy zapoczątkowanych trzy lata temu w naszej Podkowie OGRODÓW!

Biorąc pod uwagę te obserwacje, aż boję się pomyśleć, ile osób brało udział w całym festiwalu. Musiało w nim uczestniczyć tysiące, a może dziesiątki tysięcy ludzi. To duże zjawisko, wielki wysiłek pomysłodawców, liderów projektu i organizatorów poszczególnych imprez. Tak zdecydowany i wymierny udział gości to wyraźna zapłata za trud i jasna przesłanka na przyszłoroczne DNI DZIEDZICTWA. To taka refleksja generalna.

W niedzielny wieczór nastąpił wielki finał OGRODÓW w Milanówku. Willa „Waleria”, dawny dom artysty-rzeźbiarza Jana Szczepkowskiego, wyglądała bajkowo. Głęboki wieczór, fasada podświetlona, elementy architektury wydobyte dodatkowym światłem, wnętrza w odcieniu fioletu, rzeźby artysty wyglądają z okien. Niepowtarzalna sceneria. I do tego muzyka „Od Straussa do Kiepury” w wykonaniu salonowego zespołu „Camerata” z Krakowa. Świetnie śpiewali soliści: Małgorzata Kubacka i Mateusz Zaidel. Aż się nasuwa pytanie: kto dziś potrafi tak grać Straussa? Chyba tylko Wiedeńczycy.

A po koncercie występ „trzech tenorów” – burmistrzowie Brwinowa, Milanówka i Podkowy Leśnej zaprosili wszystkich na czwarte DNI DZIEDZICTWA EUROPEJSKIEGO. Do zobaczenia zatem za rok.



Łączę wyrazy nieustającego szacunku,
Zbigniew Jachimski


 <– Spis treści numeru