PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 52

Być aktorem



Z Moniką Niemczyk rozmawiają Zofia Broniek i Bohdan Pociej



Bohdan Pociej: Czym jest dla ciebie sztuka aktorska, żywioł gry, przestrzeń teatru?

Monika Niemczyk: Mówmy o żywiole gry... Jak się domyślam, chodzi ci o całkowite zanurzenie się w materii tekstu, sytuacji scenicznej, atmosferze, no i przede wszystkim w postaci, którą się gra. Prawdę rzekłszy, nieczęsto aktor ma szczęście uczestniczyć w czymś naprawdę istotnym w teatrze, w czymś wsysającym, jak wir. Ja uważam się za osobę szczęśliwą, bo zdarzyło mi się to kilka razy. Tak było w pracy z Krystianem Lupą, kiedyś z Jerzym Golińskim, także z Henrykiem Baranowskim.

Bohdan Pociej: Jakie to były sztuki, jakie kreacje?

Monika Niemczyk: Z Krystianem Lupą pracowałam dwukrotnie w Teatrze Starym. Pierwszy raz przy Bezimiennym dziele Witkacego, za drugim razem była to adaptacja Alfreda Kubina Miasto snu, grane w dwóch wieczorach. Jednorazowo, bo tak też graliśmy, trwało chyba siedem godzin. Grałam tam żonę bohatera, udającego się z polecenia tajemniczych osobników do owego miasta. Spektakl zaczynał się właśnie od jazdy pociągiem. Do dzisiaj stukot kół kojarzy mi się nieodmiennie z pierwszą sceną tego przedstawienia. I to poczucie niepewności, imperatywu poddania się jakiejś sile, której nie umiemy zidentyfikować, taki bolesny skok w nieznane. To było niezwykłe przedstawienie, w którym reżyser genialnie umiał rozedrgać wyobraźnię nas wszystkich, uczestniczących w tym przedsięwzięciu. Tam nastąpiło zbliżenie do najgłębszych obrazów życia, do archetypów. Działy się rzeczy niewiarygodne. Krystian potrafił wypreparować z aktora jakieś włókna szalenie osobiste, żonglować nawet jego dramatami (nie naruszając przy tym jego suwerenności). W tym przedstawieniu miałam etiudę –trwała chyba dwanaście minut –w której właściwie nic się nie działo. Ja siedziałam na wózku inwalidzkim i motałam się w jakiś ślubny welon. Krystian tchnął w to taką niezwykle sensualną, oniryczną magię. Według czasu scenicznego to trwało wieczność, ale zawsze była absolutna cisza na widowni. Strasznie rzadko ma się szczęście, żeby czegoś takiego dostąpić. Ten rodzaj sztuki na pewno jakoś tam przeistacza aktora.

Zofia Broniek: Czy w trakcie prób istniała taka sama magiczna, emocjonalna identyfikacja z rolą jak przy pełnej widowni? Czy potrzebni są widzowie, żeby wytworzyło się takie napięcie?

Monika Niemczyk: Różnie to bywa. Czasem na próbie czy na etapie dochodzenia do czegoś poruszy się jakiś nurt w sobie i dzieją się rzeczy ciekawe, twórcze. Z Krystianem tak było. Praca z nim to w ogóle jest jakaś tajemnicza sprawa. Ja nawet nie umiem sprecyzować, na czym to polega. Pozornie nic się takiego istotnego nie zdarzało na próbach. On mówił, mówił, mówił, działając na naszą podświadomość, po czym wychodziło się na scenę i wszystko miało się już w sobie. W sposób zupełnie naturalny –a raczej powinnam powiedzieć nienaturalny, bo bez żadnego wysiłku z naszej strony –postać, którą graliśmy, była uformowana. To jest jakiś fenomen, jedyny reżyser, który coś takiego zadaje aktorowi. Nie wiem, jak to nazwać. Może on aktorów hipnotyzuje?

Wspomniałam o Jerzym Golińskim, moim profesorze i pierwszym Mistrzu. Pracowałam z nim zaraz po studiach wielokrotnie, a ostatnie przedstawienie, które razem zrobiliśmy, to była Klątwa Wyspiańskiego, za którą zresztą dostałam nagrodę na Festiwalu Sztuk Klasycznych w Opolu. Tam także rzeczywistość sceniczna zawłaszczyła mnie jako aktorkę. Miałam też podobne momenty grając w nieistniejącym już dziś, niestety, teatrze Szwedzka 2/4. Henryk Baranowski wyreżyserował tam adaptację własną Ulissesa Joyce'a. Nazywało się to Tak, chcę... tak (ostatnie słowa, które wypowiada Molly w powieści). Kochałam tę swoją Molly, ale myślę –tu wtręt megalomański uczynię – kochała ją też publiczność. Było to, jak dziś się ciągle mówi, przedstawienie kultowe. Dzięki zlikwidowaniu dystansu między widzem a wykonawcą wytworzyła się otwarta, niekończąca się rozmowa między nami. Sztuka rozmowy w sztuce to także dar. Bo teatr to wędrówka poprzez innych ludzi i samego siebie. I znowu ta magia reżysera. To na pewno było najlepsze przedstawienie tego twórcy. Do tego niesamowita scenografia z żywą wodą, która ustawicznie ściekała całymi strugami z balkonów i my, aktorzy, brodzący z poświęceniem w niej –tej pramaterii, prarzece wspomnień. No i świetny partner Andrzej Blumenfeld, grający nomen omen Blooma. Nie mówiąc już o tekście Joyce'a, tego odkrywcy nieoczekiwanych sposobów narracji.

Ale, jak powiedziałam, takie święte chwile zdarzają się niesłychanie rzadko w teatrze (w życiu chyba też) i są prawdziwym darem.

Bohdan Pociej: Czy mogłabyś wymienić inne sztuki, w których grałaś, a które coś dla Ciebie znaczyły?

Monika Niemczyk: Och, sporo ich było. Nie sposób wymienić wszystkich, ale na pewno Pani Alving w Upiorach Ibsena, Nelly Mann w słynnym przedstawieniu telewizyjnym Kazimierza Kutza Opowieści Hollywoodu, Fedra w Dla Fedry Enquista, też w telewizji.

Bohdan Pociej: Jak się mają twoje role –postacie tragiczne – do twojej osobowości. Czy znajdujesz w takich postaciach szczególne upodobanie?

Monika Niemczyk: Miałam może łatwość grania takich ról. To znaczy zawsze wolałam grać rolę postaci pękniętej, pogmatwanej niż nieskomplikowanej czy tak zwanej amantki, jak mówiło się dawniej. Było mi łatwo sięgać do takich pokładów, zapewne dlatego, że moje życie –myślę tu o dzieciństwie, wczesnej młodości –było gdzieś tam pokiereszowane, bolesne... To nie znaczy, że nie skłaniam się ku rolom lekkim. Nie chcę wyjść na taką katastrofalnie tragiczną osobę, bo tak nie jest. Jak wiecie jestem pogodna, czasem wręcz krotochwilna –lubię to słowo

Bohdan Pociej: W kabarecie „Jama Michalikowa” występowałaś przecież?

Monika Niemczyk: I to parę lat. Jestem „tragiczką a priori, a komediantką a posteriori”. Ha, Ha...

Bohdan Pociej: Teraz kwestia szczególnie mnie frapująca: osobowość aktora w ogóle, jej rozdwojenie. Paradoksy sztuki aktorskiej i bycia aktorem (dostrzegał to i opisywał już, jak wiemy, Diderot). „Fenomenologia” aktorstwa, swoiste „epoche”, wzięcie w nawias własnej osobowości. I jeszcze: im większą indywidualność sobą przedstawiasz, tym pełniej, sugestywniej wchodzisz w rolę, wcielasz się w daną postać, jesteś nią, będąc równocześnie sobą! Sama w sobie i równocześnie w kimś drugim! Jak to jest? Czy można by to wszystko porównać do sztuki wykonawczej w muzyce?

Monika Niemczyk: U Diderota, jak pamiętam, rozdwojenie było warunkiem gry. Prawa natury nie zgadzają się z formą artystyczną. Na scenie następuje jakaś aktywizacja energii, która jest w życiu nieprzydatna. Diderot mówi, że jeżeli aktor na scenie płacze rzewnymi łzami, teatralnie jest to nic niewarte, bo to widz ma się wzruszać i płakać, a nie aktor. Daje ten zabawny przykład aktorki z Comédie Française, która umiera na scenie, publiczność łka, a ona w tym momencie szepcze jadowicie do partnera, żeby się odsunął, bo mu czuć z ust. Albo: jeżeli grasz furię, to nie możesz być w furii naprawdę. Będziesz nieprzekonywujący. Zresztą zawsze miałam podejrzliwy stosunek do prawdziwych łez na scenie. To się ociera o jakąś szmirę i niebezpiecznie przesuwa na pole psychodramy, która już nie ma nic wspólnego ze sztuką.

Wspomniałeś coś o fenomenologii – nie bardzo się w tym orientuję.

Bohdan Pociej: Chodzi mi tylko o to, że podstawą ujęć fenomenologicznych jest zawieszenie całego otaczającego świata, wzięcie w nawias całej rzeczywistości i skoncentrowanie się wyłącznie na obiekcie badanym; tutaj bierzemy w nawias osobowość, prywatność aktora.

Monika Niemczyk: Ale czy to jest w ogóle możliwe u aktora? Przecież on wszystko przepuszcza, filtruje przez swoją osobowość?

Bohdan Pociej: O tym właśnie mówi Diderot; dla mnie jest on w tej dziedzinie fenomenologiem avant la lettre. Po prostu wchodzisz w rolę zawieszając cały swój prywatno-osobowościowy bagaż i znajdujesz się w rzeczywistości innej osoby. Tak bym to określił. Zawieszenie nie oznacza wykasowania. To nie jest jakieś zapomnienie siebie. Jesteś cały czas świadoma –siebie i postaci, którą grasz. Ja – stary fenomenolog amator – mogę sobie stosunkowo łatwo taką postawę wyobrazić. Nie chodzi tu przecież o wyzbycie się, tylko o zawieszenie na określony czas.

Monika Niemczyk: Skąd czerpać wobec tego? W kogokolwiek się wcielam, to jestem ja, z moją wrażliwością, moim pojmowaniem, z moją wizją świata i tak dalej. Każda rola jest intensywnym poszukiwaniem kogoś, ale i poszukiwaniem siebie.

Bohdan Pociej: Wkładasz to wszystko w tę postać, dajesz jej siebie. To jest warunek niezbędny dobrego aktorstwa. Bez tego jest się aktorem najwyżej trzeciorzędnym. Nie trzeba tu znać Husserla ani Ingardena. Im większą indywidualność sobą przedstawiasz, tym pełniej i sugestywniej wchodzisz w rolę. Jesteś sama sobą i jednocześnie kimś drugim. Mnie to ogromnie fascynuje!

Zofia Broniek: Czy to możliwe, żeby dochodziło do takiego świadomego rozwarstwienia osobowości? A jeżeli tak, to czy potrzebna i możliwa jest taka analiza stanu twórczego, który czyni z roli kreację? Można i warto poddać analizie warsztat, ale chyba nie stan duchowy artysty, którzy tworzy dzieło?

Monika Niemczyk: Aktor musi wysilić wyobraźnię i stworzyć sobie niezwykły świat. Ten świat pozwoli mu wkroczyć w obszar tajemnicy. Tajemnicy, która leży w nim samym, gdzieś głęboko uśpiona. Praca nad rolą pozwala mi konstruować postać od początku. Rozmawiając z drugim człowiekiem, nawet zbliżając się do niego, nie mam szansy, żeby przeniknąć jego myśli, uczucia, namiętności. A pracując nad postacią mam pełną swobodę w tworzeniu jej osobowości, element po elemencie. Razem z jej perwersjami, z jej najbardziej okropnymi myślami. Z tym, że to jest mój proces konstruowania.

Bohdan Pociej: Nasuwa mi się analogia z pracą pisarza narratora, który pisze powieść czy opowiadanie. Tu jest jakieś pokrewieństwo ze sztuką aktorską. Nie przypadkiem Goethe swoją największą, prekursorską powieść Wilhelm Meister tak przesycił teatrem. Przecież Flaubert, Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Mann, Musil, Broch, Iwaszkiewicz, dziś u nas Odojewski, Chwin, tworząc postacie wchodzą w nie. W dziennikach pisarzy sporo można o tym przeczytać.

Zofia Broniek: Czy można to porównywać z grą muzyka, wirtuoza?

Monika Niemczyk: W jakimś sensie. Muzyk musi najpierw rozpracować utwór technicznie. A potem nadać temu wymiar sztuki. Aktor też musi rozpracować techniczne zawiłości roli, aby wspiąć się wyżej. Z tym, że muzyka zmierza do absolutu. Tego nie da się powiedzieć o sztuce aktorskiej. Bo najczęściej bywa tak, że aktor, w większym czy mniejszym stopniu, jest wiarygodny, ale tylko czasami zdarzy się coś więcej, nastąpi ten błysk. Jest bardzo wielu dobrych, bardzo dobrych, a nawet świetnych aktorów, ale bardzo niewielu tych „z tajemnicą”.

Bohdan Pociej: Dotknęliśmy muzyki. Powiedz, czym ona jest dla ciebie, w twoim życiu, w twojej sztuce? Wiem, że masz do niej bardzo dobre przygotowanie, że się na muzyce doskonale znasz, sama grałaś na skrzypcach.

Monika Niemczyk: Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Muzyka jest stałym pulsem mojego istnienia.

Bohdan Pociej: To samo mówił mi kiedyś Jarosław Marek Rymkiewicz.

Monika Niemczyk: Byłam o tyle uprzywilejowana, że urodziłam się w rodzinie muzyków i tym przesiąkłam. Mama prowadziła mnie na koncerty od maleńkości, prócz tego, ponieważ nie miała mnie z kim zostawiać, uczestniczyłam przez większość dnia w lekcjach, które prowadziła w średniej szkole muzycznej w Krakowie. Kiedy w naszym domu pojawił się pierwszy adapter Bambino, słuchaliśmy z bratem całej światowej literatury muzycznej. W tamtych latach można było tanio kupić wspaniałe płyty rosyjskie, czeskie, węgierskie, niemieckie. Wielu z nich słucham do dziś. Wydawało się naturalne, że będę muzykiem. Miałam zostać skrzypaczką (kończyłam szkołę muzyczną), ale będąc jeszcze w teatrzyku dziecięcym wiedziałam już, że chcę być aktorką i basta!

Ogromnie współczuję ludziom pozbawionym wrażliwości na muzykę. Na pewno jest to rodzaj okaleczenia.

Bohdan Pociej: Niestety, zdarza się to nawet wybitnym twórcom z innych dziedzin sztuki: obojętność na muzykę, brak zainteresowania nią... Ale może powiesz o najbliższych ci kompozytorach.

Monika Niemczyk: Czajkowskiego stawiam na najwyższym piedestale. IV, V, VI symfonia, muzyka kameralna, Francesca da Rimini i wspaniałe opery. Mam wszystko na płytach, nawet te kompletnie nieznane jak Jolanta, Trzewiczki. Największe upodobanie mam chyba do muzyki rosyjskiej – Prokofiew, Szostakowicz, Strawiński... No, ale jest także Bartok, Schönberg i moja druga miłość, Brahms. Przy czym oczywiście klęczę przed Bachem, Mahlerem, ale emocjonalnie tamci są mi bliżsi.

Bohdan Pociej: A co cię w muzyce Czajkowskiego najbardziej pociąga?

Monika Niemczyk: Kantylena, drapieżność instrumentacji i niezwykła uczuciowość.

Bohdan Pociej: Czajkowski pisał tak, jakby orkiestrę miał w palcach, czuł ją, myślał nią...

Monika Niemczyk: Bardzo lubię też Szymanowskiego, to iskrzenie się, błyskotliwość a zarazem kapryśność jego muzyki.

Bohdan Pociej: Jej dźwiękowo–emocjonalną intensywność. A przy tym jakiż to był mistrz kompozycji, jak dysponował instrumentami, orkiestrą, głosem ludzkim! I jakie bogactwo, bujność melodii, przeciwstawiające się jakby amelodycznym trendom nowej muzyki XX wieku.
Pomówmy jeszcze o sztuce aktorskiej. Jej atrybuty to: mimesis, naśladownictwo, udawanie, fikcja, iluzja, maska; z równoczesnym dążeniem do prawdy, prawdziwość (jak w literaturze?). Czy aktorstwo jest wrodzoną właściwością i potrzebą człowieka? Czy jest przynależne ludzkiej naturze?
W samym Twoim sposobie bycia wyczuwam harmonię osobowości, co znajduje swój wyraz w twojej sztuce.

Monika Niemczyk: Aktorstwo jest częścią człowieka. Każdego. Jego maską we wszelkich sytuacjach społecznych. Konwencja społeczna jest aktorstwem. Ja w sobie tej harmonii, o której tak łaskawie mówisz –nie znajduję

Bohdan Pociej: Jesteś dysonansowa? Rozdwojona? Co tu jest prawdą?

Monika Niemczyk: „Jest tak jak się państwu wydaje”, powiedział Pirandello...

Bohdan Pociej: Czy nie jest więc tak, że my odgrywamy harmonię a sednem jest dysonans? A przecież jest w tym wszystkim jakaś nić przewodnia: pragnienie harmonii, dążenie do niej, mimo wszystko...
Węzłowym problemem dzisiejszego teatru jest reżyseria. Czym właściwie jest ta (nowa?) rozwinięta w XX wieku narośl czy odrośl prastarej sztuki aktorskiej? Reżyser dzisiaj to twórca czy uzurpator? Artysta czy szaman, czarownik, iluzjonista? Reżyser–władca, w potrójnym sensie, zawłaszcza bowiem autorem sztuki, którą bierze na warsztat, sztuką samą, jej tekstem, na koniec osobowością aktora. Jak się czuje aktor we władzy reżysera? Czy są tu jakieś granice jego interpretatorskich poczynań? Jaki jest, by tak rzec, logos i etos reżysera?

Zofia Broniek: I dalej: czym jest reżyser w odczuciu aktora? Czy jest jego kreatorem, a potem pierwszym widzem? Bo czemu tak dalece zawładnął aktorem? Czy dlatego, że ma własną koncepcję sztuki, tak silną, że podporządkowuje zespół swojej wizji, a aktorzy stają się wręcz częścią jego osobowości? Czy tworzą związek emocjonalny ludzi o podobnej wrażliwości, którzy wierzą, że on potrafi ich unieść nieskończenie wysoko? Ale przecież może także zniszczyć sztukę i zespół, którym włada.

Bohdan Pociej: Może wszystko!

Zofia Broniek: A może takie poddanie się reżyserii to potrzeba czasu, bo rozwarstwiła się i zwielokrotniła ilość środków wyrazu, gra aktorska okazuje się czasem tylko jednym z elementów przedstawienia, więc reżyser, na podobieństwo dawnych dyrektorów teatru (a bywali nimi także aktorzy, np. Bogusławski), czuwa nad całością, nad wybranym zespołem? I jest gwarantem właściwych decyzji artystycznych. Lub potrafi wzbudzić stan wspólnego, euforycznego przeżycia.

Monika Niemczyk: Funkcja reżysera od czasów przedwojnia ewoluowała. Wtedy teatr dawał nieraz premierę co tydzień i reżyser sklecał tylko sytuacje. Oczywiście było kilku inscenizatorów, ale to były wyjątki. W tej chwili reżyser jest od początku do końca twórcą przedstawienia i każde nosi jego wyraźny podpis. Rzecz jasna mówimy o prawdziwych artystach, nie o efemerydach, epatujących chamstwem, infantylnych, a kreowanych z jakichś niezrozumiałych powodów.

Bohdan Pociej: Nie zapominajmy jednak o takich postaciach, rzec można prekursorach dzisiejszej reżyserii, jak Leon Schiller, choć były one nieliczne... Ale teraz reżyser jest głównym twórcą przedstawienia.

Zofia Broniek: Twórcą tekstu i niemal twórcą słowa.

Bohdan Pociej: Dlaczego tak się dzieje? Czy jedną z przyczyn jest wyczerpanie się potencjału twórczości dramatycznej w naszej zachodniej kulturze, w której nie powstają dziś dzieła sceniczne naprawdę wybitne? I dlatego sięga się do repertuaru dawniejszego, łącznie z Claudelem?

Monika Niemczyk: A właśnie widziałam Zamianę Claudela w Fabryce Trzciny na Pradze. Przywiózł to teatr z Katowic. Reżyserowała młodziutka Anna Smolar. Było to poruszające, piękne przedstawienie, a zrobione tak skromnymi środkami! I jak mądrze i uważnie prowadzeni aktorzy!

Zofia Broniek. Nie tylko reżyser ale i scenograf ma osobistą interpretację tekstu. To, co proponuje, jest wyrazem tej interpretacji. Skala możliwości jest ogromna od skromnych środków, o których wspomniałaś, do gigantycznych „barokowych” konstrukcji. Widz ma do czynienia z komponentem wizualnym teatru –barwą, światłem i przestrzenią jako polem gry. Kostium lub jego brak narzucają aktorowi różne, skrajne zachowania. Jak odczuwa aktor tę zmienność?

Monika Niemczyk: Scenografia, rzecz jasna, jest pełnoprawnym elementem spektaklu. Dlatego tak ważne jest porozumienie reżysera ze scenografem, ich spotkanie w stwarzaniu scenicznego świata. I w zależności od tego, jaki to będzie świat, aktor musi się w niego wpasować. Musi uruchomić swoją wyobraźnię idąc ich tropem.
Inaczej poruszamy się w przestrzeni umownej, inaczej w realistycznej. Inaczej w kostiumie współczesnym, inaczej w stylowym albo groteskowym. Inaczej nago. I tak dalej...
Teatr to tradycja, ale poprzez współczesność. Jest rodzajem gry, ale i sposobem zadawania pytań, które dla każdego są ważne, czy tego chce, czy nie. Są to pytania o dokonywanie wyboru w warunkach codziennych, a także ostatecznych. Teatr to również wybór środków przedstawiania świata. Realizacja teatralna musi pobudzać ciekawość, spychać na rozstaje dróg, gdzie nagle widzisz, że wszystko, czym się kierowałeś, rozpadło się. Pozostaje poczucie dezorientacji, podniecenie i zaangażowanie.
Dlaczego mam się oburzać na uwspółcześnianie klasyki? Sto razy wolę kontrowersyjną wersję Burzy Warlikowskiego, czy Poskromienie złośnicy, niż konwencjonalne, zakurzone przedstawionko kogoś tam.

Bohdan Pociej: Władysław Stróżewski powiada w swojej Dialektyce twórczości, że wybitne dzieło sztuki ma w sobie jakąś konieczność bycia. Są więc dzieła konieczne –bytowo, istnieniowo –i utwory niekonieczne, które mogą, ale nie muszą być (jak sztuka tej nieszczęsnej Kane). Natomiast Kordian, Fantazy, Sen srebrny Salomei, Dziady charakteryzują się bytową koniecznością.

Wracając do dziedziny reżyserii teatralnej i operowej –bo to już dziś odrębna specyficzna dziedzina sztuki –niepokojąca jest jej uzurpatorska wszechwładność. („Człowieku, gdybyś wiedział jaka twoja władza”!) i, powiedziałbym, nie znająca granic ani umiaru ingerencja w tekst autorski sztuki teatralnej, posuwająca się nieraz do istnego gwałtu na nieżyjącym często autorze.

Monika Niemczyk: Wszystko się jednak relatywizuje. Przypominam sobie przedstawienia Swinarskiego, które potem weszły do kanonu. Byłam wówczas na studiach, pamiętam głosy rozmaitych mądrych ludzi, że to jest bezczeszczenie teatru, ingerencja w tekst zbyt brutalna, że niech sobie sam napisze sztukę itd. Swinarski robił różne zabiegi, zmieniał układ scen, tekst interpretował bardzo intencjonalnie. Dziś już nikt nie wątpi, że był to wielki reżyser. A do tego jak kochany przez aktorów!

Bohdan Pociej: Tak, ale Swinarski nigdy nie maltretował branych na warsztat sztuk, nie fałszował tekstu, nie wypaczał idei dzieła. Był z tych ludzi teatru, którzy odznaczają się ogromną kulturą, nie tylko teatralną. Lupa ma podobną kulturę zapewne. Ale inni, młodsi reżyserzy? Gdzie i kiedy mogli nabyć to, co niegdyś w nadmiarze miał taki znawca teatru i genialny tłumacz z greki jak Stefan Srebrny? Albo Leon Schiller? Czy oni mają tę grekę, łacinę, tę wszechstronną orientację w obszarach dawnej twórczości? Czy przyswoili sobie całe to przebogate dziedzictwo? Żyją w ciągłym nerwowym, gorączkowym pośpiechu, zadyszani, zagonieni, tak że chciałoby się nieraz powiedzieć: zatrzymajcie się, obejrzyjcie za siebie! Mniej akcji, więcej kontemplacji, mniej działań, więcej namysłu, mniej powierzchni, więcej głębi!

Monika Niemczyk: Taki jest teraz świat, i taki jest teatr. Naprawdę zdolny reżyser z tego pośpiechu czy jakiegokolwiek współczesnego komponentu uczyni walor. Podniesie to do rangi sztuki.

Bohdan Pociej: Co do mnie, jestem zdecydowanym przeciwnikiem uwspółcześniania sztuk z klasycznego i romantycznego repertuaru –Greków, Szekspira, Moliera, Calderona, Racina –jak to się dzisiaj powszechnie robi. To są praktyki niemądre, płytkie, zabiegi infantylne, schlebiające tanim gustom publiczności, kabaretowe –w złym sensie. Efekciarska łatwizna.
O ileż trudniej (i ambitniej) jest na przykład pokazać Ateny z czasów Ajschylosa tak, żeby wstrząsnęło to widzem i słuchaczem, żeby się poczuł tam i tu, żeby powstało to napięcie między dawnością a współczesnością, żeby widz je dogłębnie odczuł. Niech to będzie naga scena, bez dekoracji, tylko z aktorami, tekstem i efektami światła...

Ale powiedz teraz więcej o sobie. Mieszkałaś dłuższy czas w Norwegii...

Monika Niemczyk: Do Norwegii pojechałam w 1987 roku z przekonaniem, że rezygnuję z zawodu, że zostawiam wszystko za sobą, zatrzaskując drzwi. Oczywiście był to błąd i naiwność. Odeszłam w środku sezonu, zostawiłam teatr, urządzając w dodatku przyjęcie pożegnalne na sto osób. To się tak utrwaliło w świadomości, że ludzie dziś spotykani dziwią się: Co to, ty tu jesteś?

Bohdan Pociej: Dlaczego wyjechałaś, czy miałaś już dość teatru?

Monika Niemczyk: Teatru nie. Ale znalazłam się na zakręcie życiowym (rozwód, poznanie przyszłego męża). Myślałam wówczas, że tyle się nagrałam, że to nie będzie żadne wyrzeczenie z mojej strony. Wykonałam piruet i znalazłam się w Norwegii. Ale szybko wróciłam. Janusz Kijowski zaproponował mi rolę w filmie Stan Strachu, a było to chyba po trzech miesiącach mojego pobytu tam. Potem zaczęłam przyjeżdżać do teatru na Szwedzką. Najpierw była Molly Joyce'a, potem Frieda Kafki. W Norwegii zagrałam raz, gwoli sprawdzenia się w sytuacji nowego języka. Trudne to było zadanie ta rola Amandy w Szklanej menażerii, bo postać ta gada przez cały czas jak nakręcona. Ale jakoś się udało i nawet podniesiono w prasie, że mój norweski „brzmiał jak muzyka”.

Bohdan Pociej: A twoje plany, projekty, pragnienia?

Monika Niemczyk: W tym roku w teatrze Studio grałam w bardzo luźnej adaptacji sztuki Dorsta „Merlin”, w reżyserii Agaty Dudy Gracz. Nie ma tam miejsca na nizanie jakiejś prawdy psychologicznej ponieważ cały spektakl składa się z bardzo efektownych blackoutów, w których trzeba zwarcie zaistnieć, stwarzając jakąś formę. Również w tej chwili mam w tym teatrze próby. Jest to adaptacja prozy Andermana.
Pragnienia? Tak wiele ich nie ma, bo chyba czuję się szczęśliwa, o ile wszechobecny „ból istnienia” pozwala na takie sformułowania. Na pewno chciałabym jeszcze coś zrobić w zawodzie. Coś, co by mnie uniosło. I chciałabym się spotkać w pracy z indywidualnościami reżyserskimi, również takimi, którzy mają własne odniesienie do klasyki.

Bohdan Pociej: Parę miesięcy temu, na początku tego roku i naszej znajomości wykluł nam się pewien projekt „teatru żywego słowa”, tak to na razie szablonowo nazwijmy, aby przeciwstawić się temu, co się ze słowem wyrabia we współczesnym teatrze. Byłby oparty na twojej znakomitej interpretacji różnych tekstów poetyckich –od greckiej tragedii, po Leśmiana. Bardzo chciałbym żebyśmy do tego wrócili, żeby projekt nie uwiądł.
Oglądając każdą z Twoich ról (na DVD) – Panna Julia, Fedra, Molly, Franka w Chamie, Jenny w Opowieściach... – mam wrażenie skończonej doskonałości, perfekcji absolutnej, na co w sztuce jestem szczególnie wyczulony! Ciekaw jestem, jak Ty odczuwasz siebie w swoich rolach. Czy jest to poczucie pełni, spełnienia, satysfakcji? Czy też może jakiś niedosyt? Poczucie, że nie osiągnęło się tego, co się zamierzało, że nie dało się z siebie wszystkiego?

Monika Niemczyk: Zawsze odczuwa się niedosyt. Ale czasem... och, rzadko, pojawiają się iskierki szczęścia, kiedy grając czujesz, że coś mówi przez ciebie. Kiedy aktor zakłada, że wie, co robi, zabija sztukę. Zakładanie czegoś z góry jest przeciwieństwem zaangażowania i wrogiem artysty.

Zofia Broniek: „Twórca, który wie, gdzie jest prawda, i robi sztukę, żeby ją pokazać, nie jest twórcą. Twórca robi prawdę, po omacku szukając jej i – jeśli mu się uda – prawda się staje. Często z zaskoczeniem dla twórcy”. Przytaczam tu słowa Krystiana Lupy z rozmowy na łamach listopadowej „Gazety Wyborczej”.

Bohdan Pociej: Każdy z nas, który twórczo czy odtwórczo działa w jakiejś dziedzinie sztuki, opisując ją czy interpretując, każdy ma, a przynajmniej winien mieć to poczucie niedosytu. Jak to jest u kogoś takiego jak Ty, która w swojej grze sprawiasz wrażenie czegoś tak wspaniałego i pełnego?

Monika Niemczyk: Och, naturalnie bardzo miło jest słyszeć takie rzeczy na swój temat... łechce to moją próżność, ale to tylko ładna laurka. Bądź spokojny, że zachowam zdrowy rozsądek.
Dodam tylko, że teatr to jest zespołowość. I czułość na partnera, czyli nieustanny z nim kontakt, uwaga. Jeśli tylko kontakt się psuje z powodu przerostu czyjegoś ego, więź zanika. Także więź z widzem.



Opracowała Zofia Broniek



Zdjęcia:
Ewa,  Teatr Stary, Miasto snu wg Kubina, reż. Krystian Lupa;
Frida, Teatr Szwedzka 2/4, Zamek wg Kafki, reż. H. Baranowski;
Molly, Teatr Szwedzka 2/4, Tak, chyba, tak...wg Ulissesa Joyce'a, reż. H. Baranowski.




Monika Niemczyk – aktorka teatralna i filmowa. Urodziła się w Krakowie. Ukończyła studia w Krakowskiej Wyższej Szkole Teatralnej. Jej role to, m.in.: Maria Grekow w Płatonowie, Polly w Operze za trzy grosze, Celia w Cocktail Party Eliota, Kalina w Termopilach Polskich, Irina w Trzech siostrach, Tytania w Śnie nocy letniej, Pentezylea w Pentezylei Kleista, Frieda w Zamku Kafki, Pani Alving w Upiorach, Alma w Miłość to takie proste Norena, Nelly Mann w Opowieściach Hollywoodu, Fedra w Dla Fedry Enquista, Matka w Mojej matce wg Bataillea, Panna Julia w Panie Julii Strindberga, Franka w Chamie wg Orzeszkowej, Zakonnica w Diable Żuławskiego, Kinga w Bluszczu reżyserii Hanki Włodarczyk.



 <– Spis treści numeru