Kiedy ogrody i ulice Podkowy Leśnej pokryje biała kołdra śniegu – dla jednych to tylko znak zimowych utrapień, dla innych to także radosny sygnał, że można przypiąć deski i sunąć płynnie w osypany skrzącym puchem las. Wśród tych ostatnich są jeszcze pewnie ci, którzy pamiętają mocno starszego pana, który co roku zakładał pierwszy narciarski ślad prowadzący z ul. 11 Listopada w głąb podkowiańskiego lasu...
Adam Kalinowski w Podkowie Leśnej, lata 80.
Ostatnie takie koleiny Jego deski wrysowały w kopnym śniegu dwadzieścia lat temu. Zaledwie dwie zimy przed odejściem sędziwego, ponad osiemdziesięcioletniego narciarza na niebieskie szlaki. Tym, którzy zastanawiają się, jak utrzymać taką sportową pasję i kondycję do późnego wieku, można podpowiedzieć, że warto już od młodości nie szczędzić wysiłku i... kochać przygodę.
„Przed 30 laty, dnia 27 lutego 1927 roku czterech studentów
Państwowego Instytutu Wychowania Fizycznego w Warszawie:
Julian Kozłowski, Adam Kalinowski, Jan Lechowski i Konstanty
Pietkiewicz – na szczycie Howerli, najwyższym w paśmie Czarnohory
– zakończyło 1023 kilometrowy rajd narciarski.
Pokonanie tej odległości na nartach jest polskim
i zachodnioeuropejskim długodystansowym rekordem narciarskim
dotychczas jeszcze nie pobitym. Rajd ten w 1927 roku był uważany
za największą w Polsce imprezę sportową. Przegląd Sportowy pisał
wówczas:
Rajd narciarski, jaki przedsięwzięli studenci PIWF–
u urasta na jedną z największych imprez sportowych ostatnich czasów.
Uczestnicy tego rajdu dali przykład wielkiego hartu i siły woli.
Łamać się musieli z nie lada przeciwnościami. 1023 km biegu dzień
w dzień na nartach, w nieodpowiednich warunkach terenowych
i atmosferycznych – to prawdziwa Odyseja, to nieprzeciętny dowód
tężyzny fizycznej. Cieszyć się należy, iż wśród naszej młodzieży
wyrabiają się już typy londonowskie młodzieńców: energicznych,
silnych i wytrwałych, umiejących walczyć z przeciwnościami
przyrody i wychowujących się w walce.
W związku z 30– letnią rocznicą tego wyczynu już niemal
zapomnianego, godzi się gwoli przypomnienia podać jego krótką
historię.
Rajd rozpoczął się w Suwałkach dnia 1 lutego 1927 roku.
Początkowo wyruszyło 5 uczestników, z których jeden, a mianowicie
Stanisław Okołów wycofał się na skutek choroby, po przejściu 600
kilometrów.
Trasa prowadziła przez Augustów, Grodno, Wołkowysk, Kobryń,
Włodzimierz Wołyński, Sokal, Lwów, Stryj, Stanisławów i Worochtę.
Celem ostatecznym było wejście na Howerlę. Rajdziści pokonywali
przeciętnie około 50 kilometrów dziennie. Zdarzało się, że musieli
pokonać bez wypoczynku odcinki trasy długości około 100 km. Silne
mrozy dochodzące niekiedy do -27 st.C, złe warunki
atmosferyczne: porywiste wiatry i zadymki śnieżne, niedostateczne
wyżywienie i zakwaterowanie osłabiały siły, potęgowały zmęczenie,
odbierały rajdzistom zapał i chęci do kontynuowania marszu. Tylko
ambicja i żelazna wola nie zezwalała im na rezygnację. Dużym
bodźcem potęgującym ich energię była między innymi świadomość,
że kilkadziesiąt kilometrów bardziej na wschód posuwa się
współzawodniczący rajd AZS– u warszawskiego w składzie
najwybitniejszych ówczesnych biegaczy: Jaworskiego,
Malanowskiego i Trojanowskiego. O wielkich trudnościach, jakie
napotykali na trasie rajdziści, świadczy fakt wycofania się rajdu
AZS– u po przebyciu 500 kilometrów.
Wejścia na Howerlę dokonali rajdziści PIWF– u w towarzystwie
jednego z pierwszych pionierów narciarstwa w Polsce dr
Majewskiego, wybitnego narciarza kapitana Kurcza i dwóch
żołnierzy straży granicznej. Osiągnięcie oblodzonego szczytu Howerli
wysokości 2058 m, w zimie na nartach było na owe czasy nie lada
wyczynem sportowym. Do 1927 roku mogło się tym pochwalić
zaledwie kilka osób.
Społeczeństwo w pełni oceniło wysiłek rajdzistów ukoronowany
dystansowym narciarskim rekordem Polski. Tłumy młodzieży witały
rajdzistów na dworcu po ich powrocie do Warszawy i wypełniły aulę
uniwersytecką w czasie uroczystości wręczenia im pamiątkowych
medali i dyplomów przez dyrektora PIWF– u dr Światopełk–
Zawadzkiego w obecności prezesa Związków Sportowych dr
Mieczysława Orłowicza i Prezesa Polskiego Związku Narciarskiego
płk Bobkowskiego.
1000 kilometrowy rajd narciarski stanowi piękną kartę w historii
narciarstwa polskiego. Powinien on być dla naszej młodzieży
przykładem, jak silna wola, wytrwałość i chęć osiągnięcia celu mogą
przełamać własną słabość i wszelkie przeszkody”
Takim artykułem wspomnieniowym, chciał mój świętej pamięci Ojciec Adam Kalinowski, (bo to On właśnie był tym najwytrwalszym narciarzem Podkowy) jako jeden z dwóch ostatnich żyjących uczestników rajdu, uczcić okrągłą rocznicę wyczynu. Niestety, w 1957 roku takie przypomnienie nie mogło się publicznie ukazać. Nie był to bowiem z całą pewnością rajd „przyjaźni granicznej z ZSRR”, a wymienione w innym niż taki kontekście nazwy miejsc niegdyś polskich, mogły (o zgrozo!) budzić wśród czytelników „rewizjonistyczne” skojarzenia. Zresztą dla „ niepewnych pod względem zaangażowania politycznego” narciarzy powtórzenie wschodniej części rajdu było w owe lata ideologicznie niemożliwe i fizycznie niedostępne. Można było jedynie w zaciszu domowym wyszukiwać na starych mapach nostalgicznie brzmiące nazwy i czytać pożółkłe wycinki z przedwojennych gazet. Te relacje prasowe potrafiłam w dzieciństwie recytować z pamięci, jak choćby tę stronę z dziennika wychodzącego w Stanisławowie:
W dniach 20 i 25 lutego 1927 roku gościł gród Rewery w swych murach uczestników rajdu narciarskiego członków Akademickiego Związku Sportowego. Uczestnikom rajdu towarzyszył wielki pies Rajd, czuwający nad niemi w czasie całej drogi. Rajd rozpoczęty z Suwałek skierowany był kresami wschodniemi przez Puszczę Białowieską, Wołyń, Lwów, Stryj. O ile na Litwie, Polesiu i Małopolsce uczestnicy Rajdu korzystać mogli z gościnności i poparcia ludności miejscowej, o tyle na Wołyniu mieli warunki podroży utrudnione przez nieżyczliwe zachowanie się ludności, odmawiającej im noclegów i ciepłej strawy przez nieufność i podejrzenie, że są dywersantami. Przeszli wskutek tego momenty ciężkiego załamania duchowego, które jednak przetrwali zwłaszcza, że stosunki przykre zmieniły się radykalnie z chwilą dotarcia do Małopolski. Po przyjęciu gościnnym uczestników rajdu przez związki sportowe we Lwowie ruszyli oni 18 lutego br. ze Lwowa przez Stryj do Stanisławowa. Po noclegu w Breszniowie dotarli do Kałusza, gdzie ich gościnnie przyjęło starostwo i saliny odprowadzając ich następnie do Bednarowa, a ze Stanisławowa wyjechała naprzeciw nich grupa narciarzy do Pawełcza. Po przybyciu narciarzy do Stanisławowa wzięli uczestnicy rajdu udział w Wieczerzy, wydanej dla nich kosztem miasta a staraniem Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego z udziałem Wojewódzkiej Komisji Turystycznej i wojskowości. W ciągu następnych dni dobili uczestnicy rajdu do Worochty poczem w towarzystwie członków Sekcji Narciarstwa Polskiego Towarzystwa Narciarskiego i komendanta Kursu Narciarskiego Wojskowego zakończyli rajd wejściem na Howerle. W drodze powrotnej znów byli przyjmowani w Stanisławowie, skąd wrócili do Warszawy.
Całe dzieciństwo fascynował mnie album z małymi pożółkłymi
fotografiami z rajdu i i wycinkami z gazet. W nieskończoność
mogłam też słuchać opowiadań Taty o zmaganiach z białą
przestrzenią tajemniczych Kresów. Dla dziecinnej wyobraźni taki
bezpośredni przekaz był dużo bardziej sugestywny niż najlepsze
książki o zdobywaniu biegunów. Prawdziwym świętem zaś były
chwile, gdy pierwszy śnieg paraliżował ruch na spokojnej w latach
50. ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, gdzie wtedy mieszkaliśmy
i Tata pozwalał „pojeździć” na historycznych, rajdowych nartach.
Szerokich, z hikorowego drewna i opatrzonych dziwną kombinacją
rzemieni i metalowych klamer. Wchodziłam wtedy w swoich
zakopiańskich kierpcach w wielkie skórzane buty z 1927 roku
i ćwiczyłam pierwsze narciarskie kroki. Wiele lat upłynęło od tego
czasu.