PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY, nr 40

Leszek Engelking

Dotknięcie przeszłości



Kiedy zaglądam do antykwariatów, niezależnie od tego, w jakim znajdują się mieście i w jakim kraju, niemal zawsze widzę w nich ludzi grzebiących w pudełkach ze starymi fotografiami. Grzebią oni nie tylko w pocztówkach, reprodukcjach dzieł sztuki czy na przykład wizerunkach gwiazd filmu i estrady, ale również w fotografiach jak najbardziej prywatnych, które — zdawałoby się — nie mogą zainteresować nikogo poza przedstawionymi na nich osobami i ich bliskimi. Niekiedy grzebiący coś sobie wybierają. Słyszałem od przyjaciół, że są przedsiębiorcze jednostki, które masowo wykupują takie zdjęcia w Czechach i sprzedają je później w Niemczech. Widocznie im się ten proceder opłaca. Nic w tym zresztą specjalnie dziwnego. Lubimy patrzeć na czyjąś utrwaloną na fotografii prywatność, na wnętrza i stroje, których już nie ma, na modne dawniej pozy, na ślady dawnego obyczaju, na zamarłą dzięki obiektywowi aparatu chwilę.

Takie potrzeby starają się zaspokajać wystawy starych fotografii, które ponadto spełniają niebagatelną rolę poznawczą i przyczyniają się do ratowania archiwalnych dokumentów, jakimi są także stare zdjęcia. Kilka lat temu (1998) widziałem w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu wystawę pt. Rodzina śląska w dawnej fotografii. Spełniała ona wszystkie te funkcje. Od wystawy upłynęło trochę czasu, ale można przecież niniejszy tekst potraktować jak fotografię, przypominającą dawne, bezpowrotnie minione zdarzenie.

Dział Etnografii bytomskiego muzeum wpadł na prosty pomysł. Zorganizował mianowicie i rozreklamował w miejscowych mediach konkurs na zestaw zdjęć dokumentujących życie śląskiej rodziny we wszystkich jego przejawach. Chodziło przy tym o fotografie od najstarszych, jakie się zachowały, aż do zrobionych mniej więcej w połowie XX wieku. Najdawniejsze zdjęcia, które udało się znaleźć w rodzinnych archiwach, pochodziły z lat siedemdziesiątych XIX wieku.

Jak pisały w katalogu wystawy Irena Białas i Maria Lipa Kuczyńska na konkurs „napłynęło ponad 3350 fotografii, najczęściej luźnych, ale także zgromadzonych w albumach, oprawionych w ramki”. Ich większość pochodziła z przemysłowej części Górnego Śląska, „z dużych miast utworzonych z odrębnych niegdyś osad, potem dzielnic wchłoniętych w dwudziestowiecznych procesach urbanizacyjnych w nowe zespoły miejskie”.

Sporo fotografii nadeszło z samego Bytomia wraz z jego obecnymi dzielnicami — Rozbarkiem, Karbiem, Szombierkami i Miechowicami. Stanowiły one jednak oczywiście jedynie część eksponatów. Niemało było zdjęć z Zabrza, Katowic, Chorzowa, Piekar Śląskich, a także z Raciborskiego, Rybnickiego, Pszczyńskiego i Lublinieckiego, pojedyncze eksponaty pochodziły też ze Śląska Cieszyńskiego.

Jury konkursowe przyznało oczywiście najlepszym zestawom nagrody, kierując się trzema podstawowymi kwestiami: kryterium merytorycznym (fotografie powinny układać się w całość ilustrującą historie śląskiej rodziny w jak najdłuższym okresie i w jak najbardziej różnorodnych sytuacjach), kryterium wyjątkowości i rzadkości nadesłanych zdjęć i wreszcie kryterium estetycznym.

Wszystkie nagrodzone i wyróżnione zestawy to osobne historie, urywkowe opowieści pozwalające widzom posmakować, niemal dotknąć dalszej i bliższej przeszłości. Były na wystawie zarówno fotografie wykonane w zakładach fotograficznych oraz przez wędrownych fotografów zawodowych upozowane, sztuczne i uroczyste, jak i zdjęcia amatorskie, czasami łapiące rzeczywistość, która nie zdążyła przybrać przed obiektywem nienaturalnej, nadętej miny. Były zarówno zdjęcia robione w atelier, jak i we wnętrzach mieszkalnych, przed budynkami oraz w plenerze.

Zapewne tego typu prezentacja byłaby interesująca niezależnie od regionu, z którego pochodzą eksponaty, ale Górny Śląsk zdaje się mnożyć powody do zainteresowania fotograficznymi wizerunkami swoich mieszkańców. Ziemia owa to pogranicze, na którym mieszały się różne narody i różne kultury, a zarazem to obszar szybkich i wielorakich przemian. Wiele na przykład znalazło się na tej wystawie portretów żołnierzy, ale ich mundury były różne i rozmaite godła widniały na ich wojskowych czapkach. Czasem w różnych uniformach widzieliśmy tę sama osobę. Przykładowo dwa zdjęcia z okresu II wojny światowej: ten sam młody człowiek najpierw w mundurze Wehrmachtu, a potem polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Różne są też języki napisów pod fotografiami, napisów na widocznych na zdjęciach szyldach (niekiedy po prostu dwujęzycznych, polsko-niemieckich), nazw zakładów fotograficznych, nazw miast i ulic. Choć czasami chodzi o to samo miasto czy nawet tę samą ulicę.

Fotografie najstarsze to przede wszystkim portrety pojedynczych osób, par małżeńskich czy całych rodzin. Przedstawieni na zdjęciach ludzie ubrani są odświętnie, obok tradycyjnych strojów ludowych noszą eleganckie miejskie garnitury, patrzą prosto w obiektyw. Większość fotografii z tego okresu (ale i późniejszych także) to oczywiście pamiątki różnych uroczystości familijnych — ślubów, chrztów, rocznic urodzin, pierwszych komunii, jubileuszy, niekiedy i pogrzebów. Z czasem pojawiają się też fotografie ze szkół, kursów gotowania czy szycia, rozmaitych organizacji, teatrów amatorskich, chórów, klubów sportowych, zakładów pracy. Fotografuje się ważne momenty historyczne, uroczystości państwowe i święta religijne. Tematem staje się też spędzanie wolnego czasu — zabawa na ślizgawce, spacery, kolędowanie przy choince. Obiektyw dokumentuje również pobyt Ślązaków poza własnym regionem — na wycieczkach krajoznawczych, pielgrzymkach, na wakacjach. Widać w tle na przykład Kraków, Częstochowę, ale i odległe od Śląska nadniemeńskie Druskienniki.

Oglądając te zdjęcia mogliśmy dotknąć przeszłości regionu i poczuć upływ czasu, śledząc różnice ubiorów, przemiany obyczaju i przemiany historyczne.

Dla ludzi spoza Górnego Śląska zdjęcia te mają dodatkowy walor pewnej egzotyki. Śląsk bowiem to — jak wiadomo — region nacechowany zdecydowanie inaczej niż pozostałe dzielnice Polski. Trudno byłoby zapewne w innych regionach o tak wyraźną dominację środowisk plebejskich, jak również miasta i krajobrazu przemysłowego.

Czas utracony ewokują nie tylko jakaś melodia czy jakiś zapach, nie tylko Proustowska magdalenka. Także fotografie przynajmniej niekiedy i przynajmniej niektóre zdolne są to uczynić. Dlatego takie wystawy jak ta służą nie tylko wzbogacaniu wiedzy. Służą też pełnej melancholii przyjemności zwiedzających. Taką melancholijną przyjemność odczuwam dziś, przeglądając katalog udanej wystawy sprzed kilku lat.



Galeria zdjęć


 <– Spis treści numeru