Oskar Koszutski
Z mojego domowego archiwum
Rozłąka
Wrzesień 1942 roku — ślub Janiny z Sobańskich i Alfreda Koszutskiego w kościele Zbawiciela w Warszawie
Niedawno moje domowe archiwum wzbogaciło się o pokaźne pudło
zawierające korespondencję moich Rodziców, niestety już nieżyjących.
Jej ostateczne uporządkowanie i opracowanie zostawiam sobie na później,
ale nie byłbym sobą, gdybym chociaż pobieżnie otrzymanej przesyłki
nie przejrzał. Z tego obszernego zbioru wybrałem kilka kartek i listów
z lat 1944 - 46, które wydały mi się specjalnie interesujące, może
dlatego że choć pierwsze z nich powstały, kiedy jeszcze mnie na świecie
nie było, dotyczą one także mnie. Te kartki i listy to historia wojennej,
popowstaniowej rozłąki moich Rodziców. Zanim je jednak przedstawię,
krótki cytat ze wspomnień znalezionych w papierach po Mamie.
Było to w lipcu 1944 r. Moja Mama Janina z Sobańskich Koszutska
z ośmiomiesięczną córką — moją starszą siostrą Zofią, będąc w piątym
miesiącu ciąży (to ja) przebywała „na letnikach” w majątku swej
siostry Anny z Sobańskich Wilskiej, żony Ignacego Wilskiego, niedaleko
Rogowa, a Ojciec mój Alfred Koszutski dojeżdżał do niej pracując
i konspirując w Warszawie:
...Pamiętam kiedyś w lipcu przyjechał on, moje siostry i chyba cała
ich konspiracyjna grupa. Ja zupełnie nie mogłam się do nich dopasować,
ale słowa nie powiedziałam, żeby Freda nie powstrzymywać. Czułam, że
tego nie wolno mi zrobić; że ja mam dziecko i w ogóle do tego się nie
nadaję, ale wiedziałam, że ani on mnie, ani ja sama sobie nie
darowałabym, gdybym próbowała go wstrzymywać, choć on i Andrzej
[brat mamy] nie byli tak zaślepieni i zdawali sobie sprawę, że
o powodzeniu jakiejś akcji zbrojnej nie może być mowy. Niemcy byli jeszcze
wiele silniejsi, niż się naszej konspiracji wydawało. Ale też nie było mowy,
żeby tę rozgorączkowaną młodzież utrzymać dłużej w bezczynności. Więc
oni palili ognisko i śpiewali patriotyczne pieśni, a ja klęczałam nad
łóżeczkiem Ziozi i modliłam się.....
...Był 30 czy 31 lipca. Przyjechał Fred i zaraz miał wracać. Wpadł też
na dzień Stefan Wilski i razem mieli wracać. Po południu wyszliśmy na
szosę, która przebiegała tuż przy letnikach. Na szosie jechały w stronę
Warszawy opancerzone samochody, armaty i wojsko. To była armia
Gieringa, [tak w oryginale — red.] o której nie wiedziało dowództwo,
albo zlekceważyło. Patrzeliśmy w milczeniu.. Spytałam — widzisz?
— Ano widzę — odpowiedział. — I co będzie? — prawie krzyczę
z rozpaczą. — Będzie, co Bóg da — odpowiedział spokojnie. Mogą zginąć
wszyscy, pomyślałam, ale nic już nie powiedziałam. Przytuleni do siebie
wracaliśmy do domu. Przytuleni do siebie staliśmy objęci nad łóżeczkiem
Zosi....
Tu się urywają, tak w pół zdania, wspomnienia mojej Matki, a przecież
następne ich spotkanie miało mieć miejsce dopiero po prawie dwóch
latach (!), w kwietniu 1946 r. Następnego dnia rano Stefan Wilski
(szwagier mojej ciotki Anny, współwłaściciel Rogowa), zapukał w okno
domku, w którym mieszkali Rodzice i powiedział: — Jeżeli pan chce
zdążyć na powstanie, to musimy natychmiast wyjeżdżać. Po podróży
pełnej emocji, na lokomotywie dotarli do Warszawy. Zdążyli na
Powstanie.
Bardzo długo nie docierały do Rogowa żadne wiadomości
o osobach z rodziny, które poszły do Powstania. Pierwszą wiadomość
o moim Ojcu, jak również bardzo interesującą relację o losie cywilnej
ludności w Powstaniu Warszawskim znajdujemy w liście do mojej
Mamy od Zofii z domu Koszutskiej Wierusz - Kowalskiej, która
wraz ze swym mężem, znanym malarzem Karolem Wierusz -
Kowalskim przeżyła Powstanie na Starym Mieście. Zofia Wierusz -
Kowalska była rodzoną siostrą mego dziada Feliksa Koszutskiego, i ona
po wczesnej śmierci naturalnych rodziców mego Ojca usynowiła
nieletniego bratanka, stając się jego przybraną matką. List napisany
został już po kapitulacji Starówki i całym ich exodusie via Wola,
Pruszków, Otrębusy itd., kiedy jego autorka znalazła się w Wilkowicach,
majątku położonym między Rawą Mazowiecką a Rogowem, także
należącym do kogoś z rodziny Wilskich. Przytaczam ten list w pełnym
jego brzmieniu (we wszystkich listach zachowuję oryginalną pisownię).
Wilkowice 26/9 44
Kochana Ninko moja.
Całym sercem dziękuję za list wczoraj odebrany i przemiłą fotografię Zochny — widzę że służy jej pobyt w Rogowie, bo rozwinęła się bardzo fizycznie i nie brak jej niczego. Takie szczęście, że zdecydowaliście się swego czasu na wyjazd z Warszawy i uniknęłyście obie tego piekła, jakim był sierpień. Zanim zacznę Ci opisywać nasze przeżycia, chcę Ci donieść, kiedy widziałam Fredka po raz ostatni. Po powrocie od Ciebie w poniedziałek i po drodze pełnej przygód, jaką miał ze Stefanem, nocował u nas, a we wtorek normalnie poszedł do biura. Około 4 tej przyniósł mi na plecach, w worku kilka kilogramów kartofli i marchwi i obiecał wrócić na kolację, spiesząc się na obiad na Piusa [tam mieszkała matka jego żony a moja babka Janina Oskarowa Sobańska] i od tej chwili go nie widziałam, a ponieważ właśnie w tym czasie rozpoczęła się w śródmieściu ta tragedia warszawska, więc dostał się w sam środek walki i widocznie cofnąć się już nie mógł. Wola w tym Boża, i być może iż trudniejsze byłoby jego położenie, gdyby pozostał na Starym Mieście, gdzie walki były szczególnie ciężkie przez cały sierpień i skończyły się wycofaniem dopiero 1 września. Twoja siostra Teresa [nie przeżyła Powstania, zamordowana chyba przy likwidacji powstańczego szpitala, w którym była sanitariuszką] była nas odwiedzić trzykrotnie, raz nawet przyniosła nam doskonałej zupy, oczywiście za każdym razem szła pod obstrzałem, to też docenialiśmy jej dobroć i zainteresowanie się nami i niepokoili się o nią, gdy odwiedziny jej ustały, nie przypuszczaliśmy jednako, że jest ranna. Ja nieustannie modlę się za Fredka i uczestników tego bohaterskiego szaleństwa; może Bóg zlituje się wreszcie nad tym najnieszczęśliwszym z wszystkich narodów świata ludem i da upragniony pokój i zwycięstwo — ufam, że gorące moje prośby będą wysłuchane i że ukochani nasi wrócą już nie za długo, a św. Anna i w tym wypadku nie zawiedzie z swem stawiennictwem u Boga. Ninuś ukochana, tak bardzo tęsknię za Tobą i Zochną, tak pragnęłabym Cię uściskać, przytulić Cię do serca — nie uwierzysz nawet jak bardzo, bardzo stałaś mi się bliską właśnie w tych chwilach tego niepokoju o Freda, bo czuję, wiem i rozumiem co Ty przechodzić musisz — wiem, że jesteś dzielna i opanowana, serce jednako kurczy się z bólu, z tęsknoty, niepewności i lęku, mimo całego opanowania i dzielności, wszakże prawda, Córuchno droga? Pragnęłabym bardzo chociaż na kilka godzin wybrać się do Rogowa i zobaczyć się z Tobą i malutką — od czasu do czasu są okazje, ale dotąd mi się nie składało. Piszesz mi, że chciałabyś wiedzieć szczegóły, w jakich warunkach przeżyliśmy ostatnie tygodnie w Warszawie. Otóż to cud prawdziwy, że przetrwaliśmy i żyjemy. Wyobraź sobie, że ul Brzozowa znajdowała się pod ciągłym obstrzałem przez 31 dni, to jest przez cały sierpień, a my bez przerwy zmuszeni byliśmy czas ten spędzić w schronie, nie rozbierając się, przez cały miesiąc, śpiąc w pozycji siedzącej, bez zmiany bielizny, garderoby. Odżywianie składało się z zupy i chleba, bez jarzyn, mięsa, owoców, nie byliśmy na szczęście nigdy głodni, ale stanowczo niedożywieni. Ja w schronie przeszłam biegunkę, potem grypę, jedno i drugie z dość wysoką temperaturą. Mieliśmy lekarza, dwóch księży i od 13 sierpnia codziennie Mszę św. w piwnicy i komunię św. — to też byliśmy spokojni i zupełnie poddani woli Bożej. Przez 31 dni śmierć nieustannie krążyła nad nami, gdyż byliśmy ostrzeliwani przez artylerię z drugiego brzegu Wisły, tanki i goliaty z bulwaru Gdańskiego i aeroplany z powietrza; żołnierze niemieccy po ulicy Bugaj strzelali jeszcze do mieszkańców. 1 września o godz. 6 rano wojsko AK opuściło Stare Miasto, także dom przez nas zajmowany, był to pierwszy piątek miesiąca — odprawiono ostatnią Mszę św. — absolucja dla mieszkańców, powrót do schronu i oczekiwanie dalszych wypadków. Około 7 - mej granaty ręczne na drzwi od ul. Bugaj, na które dom odpowiedział milczeniem, po chwili żołnierz niemiecki ukazał się na korytarzu, poczym wszedł do schronu i zażądał opuszczenia natychmiastowego domu i udania się na podwórko. O zabraniu większego bagażu nie było mowy, tylko małe ręczne pakuneczki wzięliśmy ze sobą, które i tak w dalszej drodze ciążyły nam bardzo z powodu braku siły. Uszeregowano nas z kilku domów i pognano Powiślem zupełnie spalonym do Pałacu Bruhla na podwórza, a gdy zebrała się większa partia, trójkami popędzono do kościoła na Woli, gdzie wśród makabrycznych warunków spędziliśmy noc. Po drodze zmarły dwie osoby znajome, dwie dalsze zastrzelono, nas obrano z zegarków (Ukraińcy). Na drugi dzień wcześnie pognano stamtąd na dworzec Zachodni i pociągiem do Pruszkowa do obozu, w którym byliśmy tylko kilkanaście godzin i dzięki siostrom Cz. K. oraz RGO zostaliśmy zwolnieni i na razie zawiezieni do Otrębus...
Na tym, niestety, kończy się ten list, jego zakończenie, dla nas może
najbardziej interesujące nie zachowało się. Moja babka z mężem po kilku
dniach dotarli do Wilkowic i tam doczekali końca wojny. Z listu
wynika, że o losie mego Ojca w powstańczej Warszawie do połowy
września nikt z rodziny znajdującej się poza Warszawą nic nie wiedział.
Ojca rzeczywiście wybuch Powstania zastał w śródmieściu i ponieważ
nie mógł również dotrzeć do swego „przydziałowego” oddziału,
dołączył do oddziału, w którym walczył jego szwagier, najmłodszy brat
mojej Matki Andrzej Sobański. Z braku broni, a także ze względu na
zaliczone trzy lata studiów medycznych został dowódcą drużyny
sanitarnej w jednym z oddziałów AK walczących w rejonie Politechniki
i po kapitulacji wywieziony do obozu jenieckiego M. — Stammlager X b
podobóz 12 A, numer jeniecki 221794.
List z takim adresem dotarł do mojej Matki w Rogowie już
w połowie listopada, a więc bardzo szybko, ale był to jedyny doręczony
adresatce z wielu listów napisanych do niej przez męża z obozu. Listy,
a właściwie kartki z obozów jenieckich składały się z dwóch części, na
jednej były wiadomości od nadawcy - jeńca, a część druga
przeznaczona była na odpowiedź. Po stronie przeznaczonej dla
odpowiedzi był napis po niemiecku i po polsku: „Ta strona jest
przeznaczona dla krewnych jeńca wojennego. Pisać tylko ołówkiem,
wyraźnie i nad liniami.” Kartka od Ojca niestety się nie zachowała,
zachowała się jedynie jej druga strona, tj. odpowiedź Mamy wysłana do
Ojca do obozu na podany adres gdzieś między 10 a 18 listopada 1944 r.
Niewiele można było tam zmieścić informacji, stąd jej telegraficzny
charakter:
W tym samym czasie do kuzynki mego Ojca Aleksandry
Strzemboszowej, która jest w Wilkowicach, przychodzi kartka od niego
z obozu datowana 12 XI 44.
Jak widać, komfortowo w tym jenieckim przecież obozie nie było,
ale byli młodzi, zdrowi i wszyscy razem — wymienieni w liście, to
rodzeństwo mojej Mamy. Walczyli w Powstaniu w różnych oddziałach
i rejonach Warszawy, a spotkali się w jednym jenieckim obozie, także po
wyzwoleniu kontynuowali razem wojaczkę w Polskich Siłach Zbrojnych
na Zachodzie.
Za cały okres rozłąki, to jest do kwietnia 1946 r. z korespondencji
między mymi Rodzicami zachowały się jedynie trzy listy, i to nie
dlatego, że zostały zawieruszone — po prostu inne nie doszły do swoich
adresatów, co jasno wynika z tych zachowanych. Zanim je przedstawię,
chciałbym zacytować jeszcze jedną kartkę do mego Ojca od przybranej
matki Zofii Wierusz - Kowalskiej z dnia 12 XII 1944 r., gdyż zawiera
ona jedną dość istotną informację — o moich narodzinach:
Kartki do obozu jenieckiego
Jak wspomniałem wyżej, kartki z obozów jenieckich składały się
z dwóch części, od nadawcy i dla odbiorcy, tak więc żeby napisać, trzeba
było taką kartkę otrzymać, a kartki od Ojca nie przychodziły. W samym
końcu roku 1944 do kraju dotarła wiadomość, że można już do obozów
jenieckich wysyłać listy na zwykłych kartkach. I stąd w korespondencji
znalazł się list wysłany przez moją Matkę do obozu z Rogowa
i datowany na 1 stycznia 1945 r.:
Kartka napisana jest ołówkiem na dwustronnej karcie pocztowej
z polskimi i niemieckimi nadrukami i zaadresowana: plut. poch. A.
Koszutski gefangene nummer 221794 Stalag X B Deutschland. Druga
kartka, która jest kontynuacją pierwszej, tak samo zaadresowana, pożółkła
i trudno czytelna. Obie kartki w pół przełamane, podobnie jak i te dwie
poprzednio cytowane. Musiał je Ojciec nosić przy sobie w kieszeni lub
portfelu, były to jedyne listy od żony otrzymane w niewoli. A oto treść
drugiej kartki:
Najdroższy! Mam nadzieję, że otrzymasz tę kartkę z pierwszą jednocześnie, więc piszę dalej o Ziozi. Więc już może sama stać chwilkę, coraz więcej zaczyna rozumieć. Pokazuje gdzie ma nosek, robi pa - pa , podaje rączkę, jak coś chce to woła da - da, woła mama i tata. Okropnie się kłóci z Pusią [czteroletnia córka ciotki Reny]. Pusia chce się nią bawić jak lalką a Ziozia nie b. zdecydowana, chętna i niedoceniona, a jak się jej coś nie podoba, to drze się jak opętana i złości. Cieszyła się strasznie choinką, wyciągała rączki i klaskała nimi. Wigilję spędziliśmy u siebie, zaprosiliśmy p. Milewską, której mąż jest ze Stasiem [w niewoli], jedliśmy ją bardzo wcześnie o 4 tej. Gdy położyłam dzieci około 8 odprowadzałyśmy ją, był cudowny, uroczy wieczór, i byłyśmy wszystkie myślami z wami. Czy mogliście patrzeć na gwiazdy tego dnia? Czy możecie wychodzić wieczorami? W 1 dzień świąt Rena poszła z chłopcami do Rogowa i tam była aż do 27. Ja oczywiście musiałam być z dziećmi, ale zresztą nie miałabym ochoty nigdzie iść. Dzieci z jednej strony męczą, ale z drugiej są całą pociechą. 27 mieliśmy gości [imieniny mojej mamy]. Marysia, Ignacy, Hania i Isia, która zresztą była ze mną od 26 do 28, korzystając że mogła nocować na łóżku Reny. Ja się czuję zupełnie dobrze, dbam o siebie jak mogę i jeden mam cel przed oczami: wychować dzieci, utrzymać zdrowie i wytrwać do twego upragnionego powrotu. Pamiętaj, że zawsze masz mnie całą przy sobie. Moje finanse są zupełnie kaput, ale opiekują się mną Wacek, Ignaś i mama no i jestem z Reną, więc jakoś to musi być. Bóg z Tobą najdroższy, musisz być cierpliwy i ufać że jednak będziemy razem — Ninka.
A tej cierpliwości trzeba było mieć jeszcze bardzo wiele.
Wyzwolenie z niewoli dla jednej strony i przejście frontu, a nawet
zakończenie drugiej wojny światowej dla drugiej strony nie oznaczało dla
obojga końca rozłąki, ba — spowodowało, że ten nikły, ale jednak jakiś
kontakt korespondencyjny między mymi Rodzicami urwał się zupełnie
na cały rok 1945.
świadczy o tym list Ojca datowany 3 Stycznia 1946 r.:
Legitymacja Alfreda Koszutskiego
To nie do wiary, ale prawdziwe. „Żelazna kurtyna” zamykała się
coraz szczelniej. Listy z angielskiej strefy okupacyjnej w Niemczech,
gdzie w jakiś polowym szpitalu, w batalionie sanitarnym odbywał,
zmobilizowany po wyjściu z niewoli, służbę wojskową mój Ojciec, szły
do starego kraju przez Wielką Brytanię. Także nadzieje Ojca na szybki
powrót do kraju były przedwczesne. Zdążył przed nim otrzymać
pierwszy, po ponad półtorarocznej przerwie list od żony z kraju.
List został wysłany 25 II 1946 r. już z Bydgoszczy, gdzie od kilku
miesięcy z nami dwojgiem mieszkała u swego brata Wacława nasza
Mama. List napisany jest na karcie papieru podaniowego, w kratkę,
piórem, czytelnie i wyraźnie:
Zaświadczenie o powrocie z brytyjskiej strefy okupacyjnej w Niemczech do Polski; marzec 1946.
Tak się kończy ta korespondencja rozłączonych małżonków, moich Rodziców. Na spotkanie ze sobą musieli jednak poczekać jeszcze równo dwa miesiące. Ojciec wraz ze swym szwagrem Andrzejem pojawili się w Bydgoszczy dokładnie 25 kwietnia 1946 r. Mamy w tym momencie w domu nie było! Mam gdzieś w swoim domowym archiwum opis tego spotkania, ale to już może przedstawię innym razem.
<– Spis treści numeru