Henryk Waniek

Upadek?



Było krótko przed Bożym Narodzeniem. Szczęśliwy czas. Czterej jeźdźcy Apokalipsy ze znanego drzeworytu Albrechta Dürera, który zobaczyłem w nowojorskim domu aukcyjnym Christie (cena wywoławcza 80 dolarów!), ochoczo pędzili ku swemu przyszłemu nabywcy. Tak to wtedy — w 1977 — zobaczyłem. Nie było stać mojej wyobraźni na apokalipsę większego formatu. Wtedy myślało się, że najgorsze ludzkość ma już za sobą. Potop. Upadek Rzymu. Wędrówkę ludów. Średniowieczne epidemie cholery, czarnej ospy, dżumy. Rewolucję francuską i bolszewicką. Obie wojny światowe.

Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak koniec świata, to już go przerabialiśmy ad nauseam. A w roku siedemdziesiątym siódmym, gdy mi się śnił na jawie Nowy Jork, koniec świata widziałem wyłącznie oczami Albrechta Dürera, który też by nie zobaczył bez pomocy świętego Jana z Patmos.

Spoglądając dziś na reprodukcję tej ryciny dostrzegam mniej papieru i farby drukarskiej. Mniej Dürera i świętego Jana. Znacznie mniej kopyt końskich; łuku; miecza; wagi i wideł w rękach strasznych jeźdźców, a znacznie więcej rzeczywistości, która wymknęła się sztuce. Uciekła z obrazów i zalała sobą świat. Żeby oglądać harmageddon nie muszę już zaglądać do Christie, ani szperać po antologiach niemieckiego renesansu. Wystarczy — nie ruszając się z Warszawy — podejść do okna. Włączyć telewizor. Wpaść do internetu. I nie zasypiać. Widzę rozpiętą pomiędzy czterema rumakami, nikłą, ale bezwzględnie skuteczną, sieć, w którą zostaną złowione i unicestwione wszystkie książki. Pisane i drukowane. Wybitne i błahe. Poszukiwane i zbędne. Żadna się nie prześliźnie pomiędzy okami gęstej siatki, którą rozpiąwszy, czterej jeźdźcy udali się na przejażdżkę wzdłuż i wszerz rzeczywistości. Jest to owa okrzyczana sieć internetu, której cała złowiona zawartość zostanie zapuszkowana w lodowatym piekle mikroelektroniki. Brr!

Są — jak pamiętamy z Dantego — dwa piekła. Pierwsze, zgoła sielankowe; dobrze ogrzane piekło płomieni i skwierczącej siarki. Natomiast piekielne sedno — stolica Lucyfera — jest zamarznięte do cna. Czysty lód. Według skali lorda Kelvina — absolutne zero. Jeśli zadaniem wspomnianych czterech agentów zniszczenia jest zagłada świata, to oczywiście, w pierwszej kolejności muszą się zabrać za temperatury dodatnie. A zaraz później — albo równocześnie — za dobra duchowe. Za kulturę, której koncentrat jest zawarty w książkach.

Stojąc nocą przy oknie — w Warszawie — plecami do półki, gdzie zawsze znajdę Dürera i świętego Jana, zaczynam pojmować, że wbrew potocznym mniemaniom, koniec świata nie jest kwestią kilku doniosłych sekund; eksplozją obracającą wszystko w proch i nicość. Przeciwnie. Jest to proces flegmatyczny, przewlekły i mający długą historię. Spora jej część jest już faktem dokonanym. Jeśli idzie o zsyłanie książek do tego pierwszego — ognistego — kręgu piekieł, to zrobiono już wiele udanych przymiarek i prób generalnych. Trzysta lat zanim urodził się Jezus, chiński cesarz Cz'in Szi nakazał spalić wszystkie książki w państwie. Na dokładnie ten sam pomysł wpadli Apostołowie, jak czytamy w Nowym Testamencie (Act.Apost.XIX,19). Co prawda, palili tylko pogańskie, ale nie koi to mojego smutku. Savonarola lubił — w ostatnich latach wieku piętnastego — wzniecać na rynku florenckim spore ogniska z książek. Rewolucja francuska i październikowa, a potem urzędnicy doktora Goebelsa, również gustowali w tej zabawie. Przeto dla książek płomienie nie są żadną nowością. Nadchodzi czas następnego kręgu infera. Lodowatego. Możemy być pewni, że czterej jeźdźcy, wyłaniający się z gęstej sieci kresek — niegdyś Dürera, a obecnie Pikseli — zrobią wszystko jak należy i zgodnie z przepowiednią il proffesore Umberto Eco.

Stoję tyłem do półki z książkami, ale wiem, że w piekle — czy poza nim — degradacja książki trwa od samych jej początków. Na początku, jak wiemy, było Słowo, a Jego pierwszym wcieleniem stała się Księga. Celowo piszę dużą literą, bo wcielenie następne — słowo czyli książka — to niższy szczebel hierarchii. Wskutek dalszej degradacji miejsce książki zajmuje coś, co już swojsko nazywamy nie książką, lecz romansem, kryminałem, dreszczowcem lub z amerykańska (to kolejny stopień upadku) fiction lub fantasy. Za nimi idą takie, które gdyby już w tytule nie podkreślały, że są książkami, wcale by za takie nie uchodziły. Książka kucharska, czasem celebrowana do przesady, lub Książka Lekarska, wynalazek hipochondryków. Dalej książki czeladnicze, dziś rzadko stosowane, podobnie jak książki życzeń i zażaleń czy książki do nabożeństwa. Te ostatnie przybierają czasem formę zdrobniałą — książeczka, co jest następnym krokiem w dół. Natomiast książeczka czekowa już wcale nie należy do tej rodziny, bo choćby stawała na głowie, nie zniosą jej w żadnym książkowym towarzystwie.

Czasem zdarza się jednak, że jakaś książka z nizin hierarchii w nieoczekiwany sposób wybija się i skupia na sobie uwagę. Na przykład Książka Telefoniczna dla miasta Warszawy na rok 1942. Taki wolumin z rodziny książkowych pariasów dziś wart jest miejsca w solidnym sejfie. Jako dokument historyczny staje się niemal Księgą. Kolumny nazwisk z czasów, gdy życie osób związanych z tymi nazwiskami wisiało na włosku. Tym bardziej, że jest tam pełny wykaz abonentów w getcie żydowskim. Są również reklamy produktów i firm. Wśród nich najbardziej zastanawia jednak wielość drukarzy i liczne drukarnie w okupacyjnej Warszawie. Znacznie ich więcej niż na stronach jej pra-pra-wnuczki, książki telefonicznej z roku 1953 (Urzędowy wykaz abonentów telefonicznych na terenie etc, etc). Oto jak szpargał książkowy, któremu nigdy się nie śnił taki awans, staje się księgą, literaturą, dokumentem historycznym i białym krukiem za jednym zamachem. Bywa doprawdy, że tuż przed progiem piekła, a może i nawet jeszcze za progiem, jakaś błaha książka, książeczka lub książczyna, zakwita pełnią dostojeństwa. Choćby nawet wcześniej w ogóle nie miała twarzy. Może i nawet czekowa?

Ale zaraz potem znika w lodowatej sieci mikroprocesorów. Przestaje być potrzebna w labiryncie internetu. Tak to widzę przez okno, nocą, tyłem do półki. I stołu z włączonym komputerem.





Podkowiański Magazyn Kulturalny  [ Strona główna ]  [ Archiwum ]